buraki

(no subject)


Miałam przygotowany błyskotliwy początek notki. Brzmiał on następująco: „Czasem nadchodzi czas apokalipsy. Czasem czas pijanych koni. Obecnie mamy czas Zbinia”. Niestety, po owym intrygującym zagajeniu, nie powstała nigdy jeszcze bardziej olśniewająca reszta. Poza tym zapominałam, jakiego właściwie Zbinia miałam na myśli. Syna stryjecznego dziadka ciotki Józefiny, kierownika zakładu rymarskiego czy może bohatera Teatru Telewizji? W związku z tym cała błyskotliwość poszła się wieszać na najbliższej gałęzi.

Ale nic to. Wszak idzie zima. To znaczy, teoretycznie to idzie jesień, ale nie bądźmy drobiazgowi. Zostańmy przy zimie. A skoro idzie zima, to wiadomo, co robi każda dobra gospodynie. Wyciąga weki. Słoiki. Zakopcowane ziemniaki. I kiszona kapustę z beczki. I ja tak samo. Nie są to może konfitury z dzikiej róży ani marynowane prawdziwki, ale cóż… Jak się nie ma Zbinia, to trzeba się cieszyć choćby z kwaszonych ogórków.
    
       
     

Collapse )        
           
Collapse )    
        
       
  • Current Music
    mix od Pewnych Osób
  • Tags
buraki

(no subject)

Gdyby ktoś mi wyjaśnił, dlaczego nie mogę zrobić tekstu we "wcięciu" i jak to ominąć, to byłabym zobowiązana do grobowej deski. W ogóle coś ostatnio siada...
P.S.Cwaniak z  tego journala, na Explorerze jakoś chodzi, chociaż ze zgrzytem, a pod Firefoxem wariuje. Ale co tam, nie będzie Gates pluł nam w twarz. Poza tym na moim kompie Explorer padł i siadł tak z rok temu. Tak więc, gdyby ktoś przypadkiem wiedział, jak zrobić to cholerne wcięcie pod Firefoxem, to będe się ścielić do nóg.

buraki

(no subject)

W pierwszych słowach mej notki bezwstydnie przyznam: jestem z siebie dumna. Piętnaście dni wakacji jak obszył, a ja nic! Żadnego podręcznika, żadnego czasopisma fachowego ani nawet ulotki promocyjnej. Żadnego EKG do obejrzenia, żadnej epikryzy do napisania. No, raz w nocy, o północy nawiedziła mnie wizja zatorowości płucnej, ale zaraz potem przyśnił mi się romans gotycki, więc w sumie wychodzi na zero.

A co robiłam? Ano, to co normalny człowiek: jadłam, piłam, biegałam po poligonie, fikałam koziołki i traciłam pieniądze. I nurzałam się. W mrocznych głębinach i w bezdennych topielach. I nie chodzi mi li i jedynie o nasz rodzimy Bałtyk, który kocham miłością bezwarunkową. Mam na myśli także odmęty zbrodni i otchłanie występku. Skąd? Z biblioteki i taniej książki, jakiej ostatnio namnożyło się w wakacyjnych miejscowościach. Tak więc bogatsza o kilka kilogramów (dorsz tuczy!), naszyjnik z labradorytów i przestępcze doświadczenie, pozwolę sobie na przedstawienie krótkiego rankingu wakacyjnego. Panie, panowie, oto moje Bursztynowe Morsy!

(Na stronie dodam, że inspirowałam się wszechobecnymi w kolorowej prasie konkursami i festiwalami, na których królują jakieś platynowe kaczki, złote lamparty i inne elementy biżuteryjno-zoologiczne. A ponieważ moje czytelnicze przygody miały miejsce nad Bałtykiem, i ponieważ pewien pan był tak uprzejmy, że zaliczył mnie do Morsów, postanowiłam upamiętnić owe wydarzenia choćby w tak symboliczny sposób.)

 

 

UWAGA:

 

Mimo że bardzo się starałam, nie ustrzegłam się pewnych spoilerów. Ostrzegam więc, że czytając notkę, można dowiedzieć się kilku rzeczy o fabule następujących książek: „Miłość zimniejsza od śmierci” Anny Małyszewej, „Czego boją się anioły” C.S Harris, „Frost i ciemna noc” R.D. Wingfielda, „Park Gorkiego” Martina C. Smitha, „Z premedytacją” i „Podejrzenie” Francisa Ilesa, „Niech bestia zdycha” Nicholasa Blake’a, „Najstarsza prawnuczka” Joanny Chmielewskiej, „Gra na cudzym boisku” Aleksandry Marininej, „Dżentelmeni i gracze” Joanne Harris.

   
    

Collapse )
   
  
   

P.S. O w mordkę, o motcie zapomniałam. A jakże tak, to bez wytycznej i cytatu! To wprost nieprzyzwoite. Naprawiam błąd. Dziś w programie Gilbert Keith Chesterton, któremu do nóg się ścielę z wielu różnych powodów.

„Strzeżcie się więc grzecznego, dobrze wychowanego dżentelmena, ubranego modnie, lecz ze spokojną elegancją, który co drugie słowo przeprasza, a jego sposób bycia jest zarazem szczery i pełen dystansu. Uważajcie, nim dopuścicie go do domowych sekretów, bo może okazać się fałszywym hrabiom.

Albo, co gorzej, prawdziwym.”
  

P.S.2. Aha, pochwalić się miałam, jak to wyantycypowałam telenoweliczne podejście do całodobowych programów informacyjnych. W najnowszej „Polityce” Ewa Winnicka pisze: „W okolicach pięćsetnego odcinka starsza znajoma dziennikarza Andrzeja Morozowskiego przestała oglądać amerykański serial „Moda na sukces” i przerzuciła się na TVN24, który uznała za doskonalszą formę ulubionego tasiemca. Bohaterowie korzystają z podobnie prostych środków wyrazu, gra się na podstawowych uczuciach widza, takich jak zagrożenie czy nadzieja. Można wyjechać na urlop i nie stracić wątku. Akcja nigdy się nie kończy. Za to za cenę abonamentu można bohaterom towarzyszyć całą dobę”.



     

    
   

 

buraki

(no subject)

Dziś na dzień dobry szklanka spirytusu (czyli prewencja gruźlicy w wykonaniu moich najbliższych) oraz cytat:

 - A co by ojciec radził członkom parlamentu? – spytał Michał z uśmiechem.

– Zostać pocztylionami, mój drogi. Taki, wiesz, jedzie sobie i jedzie, ma przy tym pewną powagę i solidną torbę, psy poszczekują na niego, inicjatywy nie trzeba, a przy każdych drzwiach można uciąć pogawędkę.” *

       

To tak na marginesie ostatniej rozróby wokół Wielkiego Nieobecnego aka Zbigniewu Ziobru. A tak na marginesie marginesu, to wyłapałam u siebie kolejne uprzedzenie. A może raczej stereotyp. Albo przesąd. Albo cholera wie co, bo już mi synonimów nie starcza i nawet Wordowski tezaurus mówi pas. Tak czy inaczej, chodzi mi o niechęć do ideologicznie zaangażowanych pań. Jak to jest, że kiedy na trybunie miota się mężczyzna, to jest w najgorszym razie śmieszne bądź denerwujące (a czasem nawet sympatyczne, jak w przypadku Tadeusza Cymańskiego), a gdy to samo robi kobieta, ogrania mnie najwyższa niechęć i zdegustowanie? Zupełniej jakby w butelce od Carlo Rossi znaleźć Zemstę Elektryka. Oczywiście, wiem, że to seksizm - bo czy tylko płeć męska posiada licencję na ideologiczną głupotę? Pewnie nie, ale taki wizerunek wprał się w moje zwoje mózgowe na skutek konsumpcji literacko – filmowej sieczki. Bo w końcu te wszystkie tajne stowarzyszenia, mroczne konwenty i podziemne kręgi to zawsze była głównie męska domena, a panie manipulowały raczej na boku i w celach mniej abstrakcyjnych, a bardziej praktycznych. Owszem, tu i ówdzie przemknęła przez ekran jakaś zaangażowana działaczka, co łkała w poduszkę po śmierci Wielkiego Wodza, ale primo: łkała po Wodzu, nie po ideologii, secundo: sympatii raczej nie budziła. No więc, wracając do naszych parlamentarnych owiec, nijak nie umiem polubić tych pań, co to krzyczą zaangażowane z hasła z piersi bujnych, obleczonych w żakiety made by Zara. Innymi słowy, bardziej Renata Beger, niż Beata Kempa. Tak, stanowczo o wiele bardziej.

      

A teraz, po małym wstępie publicystyczno-politycznym przejdźmy to meritum. Meritum to streszcza się w jednym zdaniu: Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i nie wraca się do książek z dzieciństwa. W każdym razie nie w ilościach hurtowych. I nie do tych z lat młodzieńczych (bo już „Śpioszka Popielica” i „Tygrysek z pociągu” to jak najbardziej polecam i zachęcam). Dlaczego? Dlatego, że nie warto tracić złudzeń. I to nie to złudzeń dotyczących literatury, ile złudzeń dotyczących samej siebie. Bo i co z tego, że the ponies run, the girls are young…** Chlip, chlip…(tu następuje przerwa na wydmuchanie nosa).

A przecież taka byłam pewna, że w wieku lat nastu prezentowałam Powagę, Głębię i Przejęcie Problemami Wagi Ciężkiej. A tu co? A tu dupa. Bo jakaż to była powaga, skoro delektowałam się literackimi powidłami i to z bitą śmietaną. I chrzanić Dostojewskiego, którego obsmarowywałam kilka notek wcześniej, Dostojewski przynajmniej przydaje się przy czytaniu najnowszego Akunina. Są większe zbrodnie. Nie ma bowiem nic gorszego, niż przeżyć rozczarowanie.

Dajmy na to taka Montgomery. Łykałam kiedyś jak czereśnie, nie bacząc na pestki i robaki. A teraz co? Teraz zachodzę w głowę, czemu autorka nie wywaliła w diabły głównej bohaterki, jej bezpłciowego amanta i wszystkich romantycznych wątków. Zostałaby przyjemna atmosfera swojskiego zadupia, mnóstwo złośliwych pań w wieku balzakowskim i ładna wiązanka romantycznych idiotów płci obojga. I bezwzględnie, żadnych - ale to żadnych – Pierwszych Miłości, powracających z worem złota i sztuczną nogą.

        

 

Collapse )
     

 

Ale co tam Montgomery. Montgomery mogę przeżyć. Natomiast nijak nie umiem przeżyć Dumasa. I Charlotte Bronte. I jeszcze paru innych. No bo jak to? Piętnaście czy ile tam lat minęło i taki przewrót? Zmiana ustroju intelektualnego? Rewolta niemal? Poczułam się oszukana. Jakbym przez całe życie wierzyła, że mieszkam w antykach, a tu nagle którego dnia budzę się w łóżku z IKEA. Ale trudno, stało się. Teraz przynajmniej wiem, że zamiast Głębi odczuwam jedynie irytację. Bo wprawdzie nie ma nic bardziej interesującego, niż czytać książkę i nie zgadzać się autorem, ale nie można nie zgadzać się z bohaterami. Tak więc powalona życie wewnętrznym heroin Charlotte Bronte i rozwydrzeniem młodzież u Dumasa, porzuciłam myśl o dalszym eksplorowaniu biblioteki. Widać ksiązki to nie koniaki, co muszą się odleżeć w piwnicy. No bo na przykład jak wytłumaczyć, że Blixen, Grin i Conrad, do których wracam co najmniej raz w roku, nijak mi ni przeszli?

     

A jak już jesteśmy przy Blixen (bo dzisiejsza notka – gdyby ktoś nie zauważył – jest radośnie odczapistyczna i skonstruowana na zasadzie wianka z koniczyny), to przypominam sobie jeden felieton o życiowych mottach. Teza brzmiała jakoś tak, że jedna dewiza starcza człowiekowi na circa dwadzieścia lat, a potem pojawiają się nowe horyzonty, nowe cele i nowe długi (tak więc może to słusznie, że zmieniałam antyki na meble z IKEA, w bądź co bądź, po kilkunastu latach warto zainwestować w nowe sprzęty). I tak mnie nurtuje, jaką by tu maksymą podsumować moje ponad ćwierczwieczne bytowanie? Zasady dotyczące dewiz życiowych są trzy: primo, musi być w języku obcym; secundo: musi być krótka; tertio: musi być wieloznaczna jak diabli. W kwestii punktu pierwszego sytuacja wygląda następująco: angielski jest wulgarny i dla mas, łacina zbyt wzniosła, greki nie znam, na arabskim łamie się język i zwoje mózgowe, a węgierskiego i tak nikt nie zrozumie, więc nie ma co szpanować Zostają więc dwa najmelodyjniejsze narzecza świata, czyli francuski i rosyjski. Nad punktem drugim i trzecim nadal myślę, ale na razie brak mi konceptu. Bo wprawdzie namiętnie myślę cytatami, ale nie są to raczej cytaty nadające się jakiekolwiek motta: nie dość, że rozwlekłe, to jeszcze pospolite. Tak więc gdyby coś komuś wpadło do głowy, to jestem otwarta na propozycje. A na razie będę sobie wegetowała jak ten krab na brzegu morza, ot tak, z dnia na dzień, bez zawołań i maksym.

 

*autora cytatu nie zdradzę, bo zawsze miałach ochotę być Kobietą Tajemniczą, a skoro los pozbawił mnie zarówno woalki, jaki kruczych loków, to pofolguję sobie chociaż na moim livejournalu.

** cytat z lekka od czapy, ale akurat rzucił mi się na uszy. Poza tym  Cohena nigdy za dużo (jak mawiam moja Mama „to idealny podkład muzyczny dla samobójców”).

               
              

buraki

(no subject)

Dziś ciąg dalszy mych wynurzeń. Prosimy o nieregulowanie odbiorników. Zakłócenia to część naszego image.

    

      

CAŁKOWICIE SUBIEKTYWNA, TENDENCYJNA I STRONNICZA KLASYFIKACJA POWIEŚCI KRYMINALNYCH - ciąg dalszy

       

Za dawnych czasów tego nie było, czyli Europejski Kryminał Społeczny (nazwa ściągnięta bezczelnie od Wojciecha Józefa Burszty)

 

Elementy niezbędne:

    

- Element Podejrzany – którego w ostatnich latach (i w zamyśle autora) namnożyło się jak moli w futrze. Bo to dawniej wiadomo było: na Sycylii mafia, w Londynie Irlandczycy, w Sztokholmie spokój. A dziś? Na Sycylii Niemcy, w Londynie Polacy, a w Sztokholmie cholera wie kto. Jedni czymś tam handlują, inni przemycają przyszywanych szwagrów na przemian z lewym spirtem, tworzą jakieś niby-gangi, niby-spółki, porządku i metody w tym za grosz. Zanim człowiek - a już zwłaszcza funkcjonariusz - się obejrzy, ma trupa na tapecie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są demony, które budzą się za wykrochmalonymi firaneczkami miejscowych „porządnych ludzi’. Innymi słowy, jeden wielki burdel.

- Element Upierdliwy – nosi mundur, ku utrapieniu Bohatera i hańbie policji. Najczęściej przybiera postać Podłego Szefa (kupuje drogie garnitury, obija się w robocie i bierze w łapę). Ale dość popularny bywa także Wkurzający Podwładny (ma wuja-szychę, rasistowskie uprzedzenia albo przekonanie o własnej nieomylności) oraz Fałszywy Kumpel (lizus, zdrajca i kanciarz – do wyboru lub łącznie, jak kto woli). W każdym swoim wcieleniu Element Upierdliwy jest nie tylko nośnikiem drugoplanowego wątku pt. „problemy w pracy”; stanowi również egzemplifikację tezy, że w Europie nawet policja schodzi na psy. (Zgadzam się, to zdanie brzmi obrzydliwie, prawie jak z jakiegoś poradnika dla domorosłych krytyków w wyciągniętych swetrach. Wybaczcie, drodzy moi.)

- Element Krzepiący, czyli Główny Bohater

Wersja „A” – Pater Familias: ojciec dzieciom, mąż żonie, płaci podatki, segreguje śmieci, ogólnie rzecz biorąc, podpora społeczeństwa. Oczywiście, ideałem nie jest, więc od czasu do czasu zdarzają mu się drobne wpadki. A to zapomni o urodzinach, a to pokłóci się teściem, a to na cudzoziemców popsioczy. Ale poza tym, to całkiem porządny człowiek.

Wersja „B”Mężczyzna Po Przejściach: żona go rzuciła, dzieci zostawiły, a kochanka puściła w trąbę. W mieszkaniu ma bałagan, pustą lodówkę i sprzęt grający wysokiej klasy. Samotność zagłusza alkoholem na przemian z pracoholizmem. Sensu stricto, o wiele bardziej wydajny w robocie niż Wersja „A” (nie traci czasu na rodzinne obiadki, wizyty u teściów i pikniki z córeczką). Sensu lato, niewydolny społecznie.

Uwaga: cechą wspólną dla obu wersji jest hobby – rzecz niezbędna dla Głównego Bohatera. Hobby musi być odpowiednio wykształciuchowskie, a równocześnie nie nazbyt wysublimowane: jak piwo - to mocne, jak kuchnia – to śródziemnomorska, jak rock - to klasyczny. Nie do pomyślenia jest, żeby Główny Bohater pląsał w bermudach do wtóru muzyki Drupiego. To się po prostu nie przydarza porządnym policjantom w Kryminale Społecznym.

Wersja „C” – Kobieta Z Przeszłością: mąż (wymiennie: kochanek, narzeczony) ją rzucił, dzieci nie miała, rodzina się wyparła. Ale nic to, wszak istnieją jeszcze szczyty do zdobycia i przestępcy do złapania.

- Element Społeczny – objawia się w postaci codziennych bolączek, takich jak: brak metra, wysokie podatki, niewydolna służba zdrowia, idioci u władzy. Czyli niemal tak jak w TVN24, z tym, że zamiast gadających głów na ekranie dostajemy kilka wesołych historyjek o umierających w domu staruszkach, konflikcie kultur i wyzysku ludu pracującego. A wszystko to okraszone sosem kryminalnym, bo w mieście pozbawionym sprawnie działającej komunikacji, tylko mordercy mogą zdążyć na czas i popełnić zbrodnię.

 

Moje własne trzy grosze:

Do Kryminału Społecznego ma stosunek różny, raz siaki, raz owaki - tak jak przy zupie – zależy, na czym upichcił go autor. Po pierwsze, organicznie nie znoszę Bohaterów w wersji „A” - żeby się chociaż zalewali na chama i cierpieli na przewlekłe zapalenie trzustki albo impotencję czy w ostateczności refluks żołądkowo-przełykowy. A tu nic! Wódkę spłukują zimną wodą i lecą na posterunek niczym Janek Kos na Berlin. Jedynym Mężczyzną Po Przejściach, który budzi moją sympatię, jest Jack Frost (wprawdzie Wingfield to lata siedemdziesiąte, ale nie bądźmy zbyt drobiazgowi). Pewnie dlatego, że Frost jest koszmarnym fleją, działa na zasadzie intuicji, rzuca niewybredne odzywki, a jego Tragiczna Historia (miłość, nowotwór, medal i niemalże-śmiertelna-rana, czyli zestaw obowiązkowy Mężczyzny Po Przejściach) okazuje się wcale nie tak tragiczna, za to dość przypadkowa.

Po drugie, uciekam z krzykiem od Bohaterek w wersji „C”. Wprawdzie uważam, że odrobina Mary Sue nie nikogo jeszcze nie zabiła, ale Kobiety Wyzwolone to nie moja melodia. A już zwłaszcza Kobiety Wyzwolone, Acz Naznaczone Przez Życie. Tak więc precz z zabójczo inteligentnymi analityczkami! Precz z przebojowymi paniami z Wydziału Zabójstw! Precz z policjantkami o pięknych oczach i pewnej ręce! I niech wreszcie ktoś napisze normalną Kobietę W Mundurze, bo major Kamieńskiej nie jestem w stanie strawić, mimo mej odwiecznej miłości do Rosji, rekietu i pogrobowców KGB.

Po trzecie, organicznie uwielbiam Bohaterów w wersji „B”, zwłaszcza jeśli w domu hodują dzieci, a w sercu – miłość do ojczystego regionu. Nawiasem mówiąc, zauważyłam, że od kilku dobrych lat rośnie we mnie upodobanie do typów rodzinnych i lokalnie patriotycznych; albo odzywa się we mnie instynkt łowiecki panny na wydaniu, albo popadam w giertychizm.

Po czwarte, nie lubię, gdy Kryminał Społeczny popada w czarnowidztwo podszyte analizami społeczno-psychologicznymi głębokimi niczym studnia artezyjska. Ach, ten upadek moralny! To zdziczenie obyczajów! Ta nieznośna płynność norm etycznych, w której roztapiają się pryncypia! Na te i podobne ubolewania moja odpowiedź jest jedna: e tam, nie ma co generalizować, od kilkunastu tysięcy lat czasy są te same i jeden Berlusconi tego nie zmieni.

    

     

Jak wskazują najnowsze dane…, czyli Kryminał Branżowy

 

Tu powinna znaleźć się obszerna analiza z podziałem na podtypy, takie jak: Kryminał Medyczny, Kryminał Prawniczy, Kryminał Służb Specjalnych et caetera. Niestety, nic z tego nie będzie. Powód jest prosty: nie czytuję Kryminałów Branżowych. Dlaczego? Ano dlatego, że za dużo w nich profesjonalistów, a za mało zwykłego życia. Ach, gdybyż tak w którymś rozdziale zastrajkowali technicy z Pracowni Histopatologii, szpiedzy zgubili się w mieście rozkopanym z powodu permanentnego remontu, a sędzia wziął lewe zwolnienie, bo mu sąsiad zalał mu mieszkanie. O ile ciekawszy byłyby taki bieg akcji, niż ciągłe meldunki, raporty i doniesienia, które z monotonną regularnością lądują na biurku Bohatera. A tu nic! Zawodowstwo święci swe tryumfy, a ja nie daję rady przebrnąć przez pierwszy rozdział. Istnieje jednak pewien wyjątek – Kryminał PRL-owski kocham miłością wiernego komsomolca. Tak więc, dla zainteresowanych:

     

Elementy niezbędne:

     

- Przestępcawiem, to wydaje się niepotrzebne, bo wszak każdy kryminał opiera się na fundamentalnym fakcie, że gdzie zbrodnia, tam i zbrodniarz. Ale, o ile we wszystkich poprzednich gatunkach założenie brzmiało, że mordercą może być każdy, o tyle w krainie dzielnych milicjantów winowajca zawsze wywodzi się z konkretnych kręgów. Z jakich? Ano, to już zależy od ram czasowych. Po wojnie królują leśne bandy, sanacyjni rotmistrze i eks-hrabiny. Wraz z Gomułką nadchodzi czas zbrodniarzy-handlarzy, którzy pod płaszczykiem prywatnej inicjatywy prowadza mętne interesy. Za to w latach sześćdziesiątych do bycia złoczyńcą predysponuje tytuł magistra, a już na pewno profesora. Wraz z towarzyszem Edwardem ma miejsce come back szwindlarzy, a kilka lat później nadchodzi wielka nowość: przestępca na świeczniku, czyli osławiony prominent (kto nie wie, jak taki wyglądał, może obejrzeć reklamówkę PiS ze słynnym morda-ty-moja-oligarchą). Ale za chwilę wracamy do swojskich klimatów: zabójcy to prywaciarze, cinkciarze i awanturniczy brodacze. I tak już do końca. Wniosek z tego taki, że przestępcę w Kryminale PRL-owskim dość łatwo zidentyfikować. Zdradza go wymowa (akcent „pani na co najmniej tysiącu wileńskich hektarów”, złowroga pronuncjacja rodem z RFN czy innej Wielkiej Brytanii), wygląd (sanacyjne wąsy à la Piłsudski, obfity zarost i koszula w kartę, barwne ortaliony zza oceanu), miejsce pracy (własny warsztat, brak etatu), a nawet krewni (wuj w Ameryce, brat w więzieniu i dziadek – kombatant-nie-z-tej-formacji-co-wypada).

- Patos – w tej konkurencji wygrywa w przedbiegach Anna Kłodzińska. Ta kobieta jest po prostu niezrównana, według mnie przebija nawet Mniszkównę, która bywa nużąca w swej nazbyt rozbudowanej metaforyce. A Kłodzińska? Sam miód i cud! Majstersztykiem nie do pobicia jest dla mnie opis śmierci starego Zbowidowca – jest w nim wszystko, co powinna zawierać scena śmierci prawdziwego Bohatera przez wielkie B, łącznie z duchem dowódcy prowadzącym druha w zaświaty (cholera wie jakie, chyba jakieś Pola Elizejskie, na których stachanowcy prowadzą wykopki). Roland ze swoim mózgiem odpada w przebiegach. Zresztą, nie będę gołosłowna. Proszę choćby zobaczyć, w jak wspaniale podniosły sposób autorka kończy kryminał „W pogardzie prawa”:

„Z daleka narastał, wolno zbliżał się, potężniał ogromny warkot wozów piechoty. Słuchali z natężeniem. Była północ, zaczął się nowy dzień.”

Porażające, czyż nie? Zwłaszcza, że chodzi o pamiętny grudzień.

- Proza Życia – która zawsze mnie urzeka. Bo mimo wszystkich ideologicznych założeń, kultu dzielnych milicjantów i wiodącej roli partii, zawsze prześliźnie się coś jeszcze. Co? Choćby haftowane złotą nitką aksamity, w które spowija się żona zabójczo bogatego ordynatora. Albo rozważania o wyższości pociągów elektrycznych nad spalinowymi. Czy konstatacje, że na naszych dobrych, polskich drogach, nawet zagraniczny ścigacz nie wyciągnie powyżej setki. A czasem cała intryga powala człowieka swoją odrębnością społeczną. Wystarczy pomyśleć, że istniał system, w którym to nie mafia, nie gang, nie kamorra, ale skromny inspektor PIH robił za mistrza zbrodni.

 

      

Templariusze są w to wmieszani, czyli Kryminał Spiskowy (za cytat kłaniam się do stóp Umberto Eco)

 

Elementy niezbędne:

       

- Organizacja Tajna i Tajemnicza – Dawniej na topie byli templariusze i różokrzyżowcy, ale dziś to już pieśń przeszłości; wszak byle prostak potrafi spłodzić rozwiązanie zagadki słynnego wozu z sianem i wskrzesić potomka Jakuba de Moley. Obecnie w modzie są bardziej elitarne stowarzyszenia: Iluminaci Bawarscy (siedzą wszędzie, tylko nie w Bawarii, dla większej mistyfikacji), asasyni made in Alamut (plus Starzec Z Gór w odnowionej wersji i garniturze w prążki), a w ostateczności swojscy antytrynitarze. Oczywiście, jak to w porządnej Organizacji, wszystko musi być porządnie zhierarchizowane; po fabule plączą się więc różni Strażnicy Wielkiej Pieczęci i Mistrzowie Siódmego Znaku, co, niestety, czasem dezorientuje czytelnika. Bo co innego zapamiętać Johna Johnsona czy Iwana Iwanowycza, a co innego odróżnić Patriarchę Wschodu od Autarchy Zachodu.

- Spiskowa Teoria Dziejów – stanowi nie tylko element intrygi, ale i element dydaktyczny. Dzięki niej współczesny polski inteligent może się dowiedzieć, kto zabił Kennedy’ego, dlaczego Edison wynalazł żarówkę i co właściwie robił święty Piotr po wyświetleniu napisów końcowych w Nowym Testamencie. Równocześnie, jest w tym pewna oszczędność rodem z Tesco. Oto bowiem czytelnik w jednej książce dostaje dwie historie: jedna, dajmy na to, o dzielnym panu historyku wnętrz i zakochanej w nim ponętnej policjantce oraz ich pogoni za złodziejem zabytkowego kilimu, a drugą – o ucieczce Napoleona ze świętej Heleny przy udziale Zakonu Złotego Runa. Przy obecnej sytuacji klimatyczno-globalnej (efekt cieplarniany, ginące lasy w Amazonas, wysokie ceny ropy itd.) metodę tę warto polecić wszystkim pisarzom.

- Ojciec Józef – stoi na czele Tajnej Organizacji, knuje, mąci i gmatwa wątki, by na końcu zostać zdemaskowanym przez bohatera. Po czym ginie przypadkiem, acz spektakularnie (wątła barierka przy wodospadzie, spadający sopel lodu, niefortunna skórka od banana itd.). Ewentualnie zostaje utrupiony przez bohatera drugiego planu (wierny kamerdyner, dzielny posterunkowy, znajomy ze szkolnej ławki, który przypadkiem okazuje się płatnym zabójcą itp.)

 

Moje własne trzy grosze:

Był czas, gdy Kryminał Spiskowy połykałam jak świeże poziomki. A potem mi przeszło; Bóg wie czemu. Może to wina mojej rosnącej miłości do prozy życia. Albo lektury „Wahadła Foucoulta”. Albo koniunkcji Marsa z Wenus i plam na Słońcu. A teraz pluję sobie w brodę, bo po sukcesie Dana Browna w księgarniach brodzi się wręcz w tego typu powieściach. Ale cóż, mój kołek do zawieszania niewiary nie jest w stanie udźwignąć złowrogich Wielkich Mistrzów, którzy przestawiają tryby historii za pomocą wielopiętrowych machinacji. Po prostu uważam, że ludzkość nie jest zdolna do porządnego spisku i jeśli gdzieś tam istnieją Iluminaci, to pewnie każdy z nich bardziej zainteresowany jest wciśnięciem szwagra do Wielkiej Loży i zakombinowaniem cementu na budowę, niż wyborami w Timbuktu albo powrotem Trzydziestu Sześciu Niewidzialnych. A jeśli już uda im się upichcić jakiś zamach stanu, to pewnie na końcu okazuje się, że zamiast rządów komunistów w Hondurasie wyszedł reżim wojskowej junty w Laosie. Ale nic to, nie trzeba tracić nadziei, w końcu każdy musi mieć hobby i może lepiej biegać na supertajne spotkania bogumiłów, niż leżeć na kanapie i oglądać Dodę na łyżwach.

 

     

Wstałem, ziewnąłem, zgoliłem wąsy; a potem pomyślałem, że warto zabić teściową, czyli Kryminał À Rebours

 

Elementy niezbędne:

      

- Monolog Wewnętrzny – który prowadzi Bohater i Przestępca w jednej osobie. Dzięki temu czytelnik ma niepowtarzalną okazję poznać jego wspominki z przedszkola, szkoły, pierwszej randki, rozmowy kwalifikacyjnej oraz imienin u cioci Fruzi. Z drugiej strony, autor może zaprezentować znajomość różnorakich teorii psychologicznych i pomiędzy poszczególnymi wzruszającymi obrazkami przemycić nieco tak zwanej Prawdy Życia.

- Wyjaśnienie – w odróżnieniu od poprzednich rodzajów kryminałów nie dotyczy tak trywialnego zagadnienia jak rozwiązanie zagadki, kto zabił i za ile. O nie, tu chodzi o sprawy większej wagi, a mianowicie o odpowiedź na odwieczne pytanie: dlaczego. A także: z jakich pozycji, w jakim położeniu i po czyjej linii.

Wersja „A” – Na Litość: Bohatera w domu dręczyła rodzina, poza domem koledzy, a w sklepie ekspedientki. Nic więc dziwnego, że chłop chce się czymś wykazać. Żonglować nie potrafi, na hokeju się zna, no to umyślił sobie, że zostanie mordercą.

Wersja „B” – Na Przeznaczenie: Bohater od małego znęcał się nad siostrą, torturował mrówki i topił koty w studni. Potem nauczył się maskować, ale każda maska kiedyś opadnie. No, a jak już iść w tango, to na całego.

Wersja „C” – Na Myślenice: Bohater w to sumie porządny facet; nie pije, nie bije, nie klepie kelnerek po tyłkach. Ale, niestety, miał za dużo czasu na rozwój intelektualny. I od tego rozwoju tak głupieje, że tworzy różne bzdurne teorie. A potem, wiadomo – najgorzej, jak wyksztalciuch bierze się roboty…

Wersja „D” – Na „A dlaczego by nie?”: Bohater jest zwykłym człowiekiem, ani gorszy, ani lepszy od każdego z nas. I dlatego właśnie popełnia zbrodnię. Bo właściwie, dlaczego by nie?

 

Moje własne trzy grosze:

Kryminał À Rebours lubię, ale tylko w wykonaniu niektórych autorów. Na pierwszym miejscu, zdecydowanie i niekwestionowanie, stoi u mnie Patricia Highsmith, mistrzyni wersji „D”. Kiedy czytam jej ksiązki bez trudu wierzę, że każdy może popełnić morderstwo: i wujek Robert, i Nowacka z parteru, i nawet ja sama. A rozmiar empatii, jaką odczuwam w stosunku do Toma Ripley, czasem wręcz mnie przeraża.

Co dalej? Dalej trudno powiedzieć. Nie posiadam określonych preferencji. Może tylko jedną: nie lubię nadmiaru psychologizowania i wymyślnych gadżetów rodem z policyjnych kronik. Wiem, i w realu bywali tacy, co pili krew z kubeczków po jogurcie, ale to nie znaczy, że muszę o nich czytać, n’est pas? Wolę cichy, spokojny obłęd; taki który pozwala bez problemu kupować bułki w sklepie i gawędzić z sąsiadem o pogodzie. A jeśli już mam mieć psychopatę na tapecie, to niech nie rozpada się spektakularnie kawałki, niech raczej pracowicie uprawia swoje szaleństwo na rabatkach z mieczykami. A jeśli już musi się rozpaść, to niech zrobi zwyczajnie i brzydko, bez żadnej wirtuozerskiej elegancji. Przykłady? Shirley Jackson i jej „Skłońcie wszyscy głowy przed naszą ukochaną Mary Catherine”, „lord Ferdynand Clegg” Fowlesa, Kathy i Czarodziej u O’Briena. Czyli zwykły nasz obłęd dnia codziennego.

      

      

 

Collapse )
   

 

       

buraki

(no subject)

Dzisiaj będzie jak u Hitchcocka, czyli najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie i wysadza korki.

Tak więc zaczynajmy! Na pierwszy ogień kontrowersyjna teza: każda (a jeśli nie każda, to co druga) książka jest kryminałem. W każdej bowiem (a jeśli nie w każdej to… patrz wyżej) celem jest odkrycie prawdy, a nawet Prawdy. Proszę wskazać jakąkolwiek książkę (a jeśli nie jakąkolwiek to… ditto), a powiem, że to kryminał. I obojętnie, czy osią fabuły będzie nieudane małżeństwo, kradzież zwłok czy Murzyn z załogi „Narcyza” – jedno jest pewne: to kryminał!

 

(tu następuje przerwa techniczna na herbatkę, ciasteczka i rozebrane panienki reklamujące wartości prorodzinne)

 

A teraz, kiedy już mamy za sobą prelegomenę, wyjaśnienie i alibi, przystąpmy do dzieła. Otóż kryminały, nawet te najbardziej klasyczne z zakrwawionym nożem na okładce, dzielą się na różne odmiany i gatunki. A ja, z moim ukochaniem do porządkowania i punktowania, nie mogłam się oprzeć temu podziałowi. Stworzyłam więc prywatny system. Wprawdzie specjaliści rozpisują się na temat rozmaitych cosy murders czy whodunit, ale, jak zwykle, chrzanić ekspertów - niech żyje zwykły człowiek (czyli ja)!

 

CAŁKOWICIE SUBIEKTYWNA, TENDENCYJNA I STRONNICZA KLASYFIKACJA POWIEŚCI KRYMINALNYCH

 

Żona wuja szwagra pastora widziała przypadkiem…, czyli Kryminał Klasyczny

 

Elementy niezbędne:

        

- Zadupie - może to być wiocha zabita dechami (wersja Klasyki Klasyki), ale może być i przedmieście, letnisko albo podmiejska sypialnia dla zapracowanej middle-middle class. Miejsca te łączy wspólny mianownik – na Zadupiu wszyscy się znają: wiedzą, komu brakuje do pierwszego, kto zdradza żonę i dlaczego Jonesowie pomalowali salon na wiśniowy burgund. Innymi słowy, na Zadupiu panuje sielska, rodzinna atmosfera rodem z Gosford Park i nic dziwnego, że niektórzy jego mieszkańcy sięgają po rewolwer bądź arszenik. W wersji polskim idealnym odpowiednikiem angielskiej wioski jest blokowisko i dziwi mnie tylko, że jeszcze żaden z rodzimych pisarzy nie wpadł na podobny pomysł. Tym niemniej nie tracę nadziei i czekam cierpliwie, a nuż już w przyszłym roku ukaże się „Noc w Bibliotece Publicznej Nr 78” czy „Nieprzyjemność w Osiedlowym Klubie Seniora”.

- Kobieta Dociekliwa - jej zadaniem jest obserwować, śledzić, komentować, snuć teorie i wpadać pod nogi (a czasem i w ramiona) władz prowadzących oficjalne śledztwo. W Klasyce Klasyki rolę tę pełni zazwyczaj przysłowiowa Stara Panna z lornetką i filiżanką herbaty na stoliczku Hepplewhite’a. I nie, nie jest to jedynie przeżytek z lat pięćdziesiątych. Od czasów panny Marple powstały dziesiątki nowych odmian Starej Panny, przy czym palmę pierwszeństwa na tym polu przyznałabym Caroline Graham z jej niezrównaną plejadą gwiazd drugiego planu: od Lucy Bellringer („Nie ma co tak zadzierać nosa nadinspektorze. W końcu gdyby nie ja, nie prowadziłby pan tej sprawy.”) przez May Cuttle („Padłam kiedyś ofiarą dżumy i wrzeszczałam na całe gardło. A po tygodniu miałam cudowne spotkanie z Henrykiem VIII. Nigdy nie wiadomo.”), Elfridę Molfrey („Wekowanie owoców, smażenie klopsików z wątróbki i wyszywanie, tylko do tego się nadaje. Typowy mężczyzna.”) po Evadne Pleat („Przypływy i odpływy emocji w ludzkim sercu. I tak naprawdę, czyż nie tego dotyczą wszystkie wasze śledztwa?”). Ale, rzecz jasna, Kobieta Dociekliwa nie musi mieć siedemdziesiątki na karku i wzorzystego szala na ramionach. Równie świetnie w tej roli wypadają Inteligentne Dwunastolatki, jak urocza April Craig Rice czy introwertyczna Emma Marthy Grimes. Bowiem Kobieta Dociekliwa równie dobrze może nosić habit, jak suknię z dzwoneczkami. Może sprzedawać kryminały albo uczyć stepu. Może być jednostką samodzielną i niezatapialną, słodką idiotką z głową w chmurach (w tej kategorii brawa dla Borysa Akunina za galerię Naiwnych Dziewcząt, Co Dostają w Rzyć Od Życia), albo wścibskim babskiem w tweedach, któremu powabu nie dodaje tytuł szlachecki ani talent do dręczenia bratanka. Może być nawet owcą z ciągotami do klonowego syropu. Tylko jedno pozostaje niezmienne – Kobieta Dociekliwa to cierń w boku dla każdego inspektora.

- Burmistrz, Lekarz i Aptekarz – czyli miejscowa elita, której zadaniem jest wyrażaniem zdziwienia, zaciekawienia, a nawet oburzenia. Bowiem wszyscy lokalni notable lubią się czuć czymś lepszym od zwykłego motłochu, który nosi jaskrawe apaszki i popija piwo z gwinta. A tu nagle łups! Morderca czai się u gustownych drzwi oplecionych bluszczem, prostak w mundurze żąda zeznań, a nocny stróż grozi, że o wszystkim doniesie policji – i co na to powie pastor, sąsiedzi, a nade wszystko żona?

- Rewelacje Uboczne – wychodzą w praniu przy okazji śledztwa. I, często, okazują się o wiele bardziej ekscytujące, niż tożsamość zabójcy. Bo Zadupie – Zadupiem, a jak się okazuje, niektórym udało się ukryć kilka brudnych sekrecików przed oczyma sąsiadów. Oczywiście, do momentu, gdy zawirowania śledztwa wyciągają je na światło dzienne. A czymże jest morderstwo wobec splamionej reputacji? Drobiazgiem niewartym wzmianki.

 

Moje własne trzy grosze:

               

W prostych, żołnierskich słowach – Klasyczny Kryminał kocham miłością wielką i trwałą. I to nie tylko w jego najlepszych aspektach, jak choćby piękny obraz małych społeczności i rządzących nimi praw. Równie dobrze bawią mnie niezgrabności i schematy, w które autor musi sznurować ten typ powieści. Ach, te zbiegi okoliczności, gdy na jednym garden party zbiera się dziesięć osób niechętnych panu Jonesowi, a pan Jones – dziwnym trafem – zostaje zabity! Te przemowy i wyjaśnienia, skomplikowane meandry przemyśleń głównego bohatera (wspaniale sparodiował to Mendoza w finale grande „Przygody fryzjera damskiego”)! Ta przesadna drobiazgowość w opisach mieścin, gdzie wszyscy hodują klematis w ogrodzie i kłębowisko żmij w sercu! Urocze, urocze aż do dna.

 

 

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a układ za rogiem, czyli Kryminał Czarny Jak Noc

 

Elementy niezbędne:

               

- Alkohol – artykuł pierwszej potrzeby (i pierwszej pomocy) dla każdego detektywa. Może być to whisky, może burbon, a w ostateczności swojski bimber. Pełni on wieloraką funkcję: charakteryzuje bohatera (tradycjonaliści piją Żołądkową Gorzką, zblazowani -sześcioskładnikowe drinki, a bankruci - Balsam Pomorski), wprowadza klimat (ach, te czasy prohibicji…), a do tego pozwala na product placement.

- Kobieta Podstępna – jej rolą jest oszukiwanie, wodzenie, kuszenie i mącenie spokojnej wody. W Klasyce Klasyki pojawia się już w pierwszej scenie, z zabójczym makijażem, łzami w oczach i wzruszającą historią o zaginionym bracie/skradzionym testamencie/tajemniczym mordercy, który czai się za rogiem z nożem w zębach. A bohater… cóż, Bohater, jak to mężczyzna, nie może się jej oprzeć. Z czasem, z postępem i z osiągnięciami Kobiety Podstępne poszerzyły arsenał swoich sztuczek i w kolejnych Czarnych Kryminałach występują już nie tylko w kostiumiku femme fatale, ale i w bardziej wyrafinowanych przebraniach. Naśladują Naiwne Dziewczęta, udają Słodkie Idiotki, a nawet Matki Dzieciom i Żony Mężom. A Bohater… cóż, Bohater nadal nie mądrzeje.

- Korupcja, degeneracja i degrengolada – będę okrutna, ale odnoszę wrażenie, że Bracia Kaczyńscy (a także kilku innych luminarzy, jak na przykład Zbigniew Ziobro) uwierzyli, że żyją w świecie Czarnego Kryminału. A jak wygląda taki świat? Ano, wiadomo: urzędnicy skorumpowani, prawnicy przekupieni, policjanci zaprzedani, a kobiety i lekarze sprzedajni. Aktorzy w przerwie między zdjęciami wciągają kokainę ze złotych puzderek, dziennikarze za judaszowe srebrniki wylewają brudy na niewinne ofiary, a biznesmeni lobbują jak szaleni i tylko czyhają, żeby wepchnąć komuś łapówkę. Nie przeczę, może i tak wygląda nasza rzeczywistość (choć na nieco mniejsza skalę – bo kogo w Polsce stać na kokainę?) ale, niestety, nie każdy jest Philpem Marlowe’em, a jeden dyktafon nie starczy, by wyplenić całe zło.

 

Moje własne trzy grosze:

                   

Otóż z Kryminałem Czarnym mam problem. Problem ten trudno ująć w słowach, ale może najłatwiej zdefiniować go pytaniem – dlaczego, do cholery, wszyscy są tam obślizgli? Obślizgli senatorowie na bakier z prawem, obślizgłe niewierne zony i obślizgli prokuratorzy jadający obiady z obślizgłymi szefami mafii. Ja tam nie mam nic przeciwko wszechogarniającej korupcji i nieuczciwości, moje oko zawsze raduje jakiś miły lansztafcik z układem i lobbingiem w tle. Ale dlaczego tak jednowymiarowo? Czy nie można być skorumpowanym urzędnikiem, a równocześnie idealnym ojcem? Chadzać do mafijnego burdelu i nie brać w łapę? Kopać dołki pod kolegami i bronić interesów mniejszości narodowych? A tu nie, wszystko naraz – i prostytucja, i narkotyki, i płatni zabójcy. A może po prostu jestem zbyt słowiańska w swych gustach (tak, wiem, to brzmi prawie jak manifest najconal-komunistów Żyrinowskiego), bo korupcja nigdy nie kojarzyła mi się z obślizgłym politykiem, raczej z kimś zwyczajnym i sympatycznie znajomym. Na przykład? Na przykład tak:

                

Collapse )

Przyznajcie sami, czyż to nie piękny obraz? Są sprzedajni urzędnicy, podatkowe przekręty, sitwa i zmowa, a nawet wódka i hazard. A zarazem, jakiż miły i ciepły obrazek! Ileż w nim przytulnej swojskości i sympatycznej wręcz atmosfery. Oto prawdziwy Układ, jak się patrzy.

A za cytat jestem dozgonnie wdzięczna jego autorowi - Sałtykowowi-Szczedrinowi, Richardowi Pipesowi, który umieścił go swojej książce, oraz mojemu Tacie, który odkrył przed mną jego urodę pewnej ciemnej nocy po drugiej stronie Oceanu.

   

Tyle na dziś. W następnym odcinku: socjologia, psychologia i Trzydziestu Sześciu Niewidzialnych. Zapraszam i do usłyszenia.

       

          

 

 

buraki

(no subject)

Najpierw będą ogłoszenia parafialne, a potem treść właściwa, czyli kolejny odcinek mego wezbranego potoku pod- i nadświadomości.

 

Ogłoszenie nr 1

          

Wprawdzie Dzień Kobiet już za nami, ale nie będzie byle kalendarz dyktował mi, co pisać. W związku z tym pragnę wszystkim moim współtowarzyszkom niedoli i współbeneficjentkom korzyści zadedykować pewien cytat pióra Jerzego Parfiniewicza, niedościgłego mistrza PRLowskiego kryminału:

„- Siadajcie kochani! Zastanowimy się teraz nad podziałem zadań! Tymczasem koleżanka zrobi nam coś do picia.

- Dlaczego zawsze ja? Jestem takim samym funkcjonariuszem, jak każdy inny! – zbuntowała się Grzelec.

- Racja! – poparł koleżankę Bondaruk. – Czy to jej wina, że jest kobietą?”

No właśnie, czy to wina nieszczęsnej towarzyszki Grzelec?

A w ramach post scriptum do cytatu: czy nie uważacie, że ten cały seksizm miewa od czasu do czasu dobre strony (chociaż plusy i tak nigdy nie przesłonią nam minusów)?

 

Ogłoszenie nr 2

         

Ileż to się naśmiałam nad Odnową Przez Miłość! Ileż razy nabijałam się z autorów i reżyserów! I teraz przyjdzie mi to wszystko odszczekać. Tak jest! Bowiem przed mymi zdumionymi oczami życie nakreśliło obraz tak kiczowaty niczym jeleń na rykowisku z gołą babą i dzielnym ułanem - Odnowa Przez Miłość jak w pysk strzelił i sierpem rzucił. I to jaka! Nie żadna tam podróbka czy tania imitacja z  Biedronki. Prawdziwa Odnowa, co to zegar bije, czterdziestka mija i oto porzucamy klasyczny syndrom APS, sadzimy chryzantemy w ogródku i z utęsknieniem czekamy na najbardziej ekscytującą chwilę dnia, czyli kubek herbatki malinowej, wypijany razem z ukochaną żoneczką, przy wtórze dżingla do „M jak Miłość”. Boże, mój Boże, widzisz i nie grzmisz…

 

* syndrom APS (Alkoholizm, Pracoholizm, Seksizm) typowy dla kryminału i powieści sensacyjnej; blisko spokrewniony z zespołem PDH (Pijaństwo, Dziwkarstwo, Hazard), występującym w romansach historycznych

 

A teraz, panie, panowie i proletariusze, tadam!, przed wami:

          

Collapse )

   
       
buraki

(no subject)

Dziś krótko i od czapy, bo w głowie mam bałagan, a z drugiej strony, wstyd, żeby taka pustka tu wisiała, jakby mój livejournal schodził na tresowane pudle. Chociaż – że tak tradycyjnie odbiegnę od tematu – od jakichś dziesięciu lat wierzę w zapewnienia ekspertów, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, a świat się kundli. Dzisiaj nawet poborowi kupują sobie chusty rezerwistów z ogłoszenia w „Żołnierzu Polskim”, zamiast - jak Bóg i dobry obyczaj przykazał - pracowicie dziergać gołe babki na prześcieradłach. Ale cóż, nie poddawajmy się, walczmy i jakoś to będzie. Wiele w końcu warto – na przykład warto mieć przyjaciół, czego dowodzi pewna anegdota frontowa z morałem. Czy prawdziwa – trudno powiedzieć. Ale znam ją z trzech niezależnych źródeł, w tym jednego drukowanego, więc pozwolę sobie zacytować:

„Otóż leżę sobie w śniegu i prowadzę ogień ciągły. Nagle pepesza się zacina… (tu następuje pięć sekund grozy). Co robić?! (kolejne pięć sekund grozy) Na szczęście (radość na twarzy opowiadającego) trafiło kolegę koło mnie. No to biorę jego pepeszę i dalej prowadzę ogień ciągły. I jaki z tego wniosek? Że warto mieć kolegów!”

Tak więc nie rozdzierajmy szat nad upadkiem świata, nie posypujmy głów popiołem – warto bowiem cieszyć się tym, co mamy. A co mamy? Ano, kilka powodów do radości. Dajmy na to:

          

      

Primo, DUMA NARODOWA

Cóż z tego, że nasz Stadion Narodowy wygląda jak kosz z jajami (tyle że bez jaj). Cóż z tego, że George i Wołodia wygrywają nami niczym pingpongiści serwujący przez Atlantyk. Cóż z tego, że pani minister mówi rzeczy alogiczne, a posłowie prezentują tak porażający brak znajomości rzeczy, że zaczynam z utęsknieniem myśleć o Andrzeju Lepperze, który nie dość, że odróżniał owoce twarde od miękkich, to jeszcze umiał załatwić dopłaty do tych ostatnich. Plunąć na to wszystko! Oto bowiem Polska doczekała się splendorów, blasków i zaszczytów. Za górami, za lasami, w tajemniczym kraju zwanym Wielką Brytanią, w pewnym romansidle… któż został głównym bohaterem? Porywającym amantem? Mrocznym sukinsynem przeżywającym wiosnę duchową niczym Węgry w 1848? Któż jak nie nasz swojski, przaśny Stefan! Chłop prosto z dzikich pól i stepów, made in Europa Wschodnia. Tak jest, teraz i my, Polacy, możemy chodzić z podniesionym czołem!

     

             

Secundo, DUMA LITERACKA

Szykuje się nam nowe dzieło narodowe. Książka nie tylko barwna i fascynująca, ale równocześnie ciekawa w formie i nowatorska w treści. Albo na odwrót. W każdym razie, wszyscy zapaleni czytelnicy powinni trzymać rękę na pulsie i co najmniej raz w tygodniu wizytować księgarnie. Oto bowiem kolejny aresztant sięga po pióro: Stanisław Ł. pisze wspomnienia, które – jak obiecuje (a może grozi?) – zadedykuje Zbigniewowi Ziobrze (a może Ziobru?). Jak widać, znaki zapytania w tej sprawie są liczne, ale jedno jest pewne – będzie to bestseller! Wanda Łyżwińska, żona przyszłego literata i osoba bywała, oświadcza: „Jako młody mężczyzna Stachu brał się za rymowanie. Umiał połączyć dosadne słowa z elementami romantycznymi. Wierzę, że mężowi nie zabraknie pomysłów”. Ponoć już teraz pan Stanisław Ł. ma w więzieniu ksywę „Stasiuk”. Tak więc czekamy z napięciem i życzymy szczęścia na nowej drodze życia! Oby była usłana laurami do wieńca chwały!

A skoro już jesteśmy przy tematach literackich, to pozwolę sobie na autotematyzm i urządzę mały konkurs dla zainteresowanych.

            

Collapse )

       

         

Tertio, DUMA FEMINISTYCZNA

Kiedyś każdy wiedział, że „Polak potrafi”. Dziś to kobieta potrafi! Skąd czerpię to przekonanie? Z mojego ulubionego źródła mądrości życiowych, czyli z „M jak miłość”. Nawiasem mówiąc, polecam oglądanie tej frapującej produkcji, której kiedyś z pewnością poświęcę notkę; uważam ją bowiem za polski odpowiednik Monty Pythona, tym ciekawszy, że niezamierzony.

Ale wracając do kobiecej dumy: otóż bohaterki wyżej wymienionej telenoweli wykazują niezwykły hart ducha, walcząc nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z aseksualnymi podolcami, zsyłanymi im przez przeznaczenie i wyobraźnię scenarzystów. Wystarczy popatrzyć i podliczyć:

- Marysia aka Matka Polka: facet nr 1 – nieudacznik z brodą, najpierw zbankrutował, potem dał się skosić przez zawał, ledwie wylał fundamenty pod nowy dom; facet nr 2 – psychopata z firmy farmaceutycznej, wymuszający na ukochanej fałszywe zeznania; facet nr 3 - ubogi portfelem internista z POZ, który nie zabrał kochanki nawet do Ustki poza sezonem.

- Marta aka Kobieta Fatalna: facet nr 1 – związkofob, porzucający kobietę z dzieckiem; facet nr 2 – hazardzista z brodą, najpierw spędzał białe noce w towarzystwie kawioru, bałałajki i pięknej szefowej, potem uciekł na Cypr, a na koniec niemal utopił przybranego syna; facet nr 3 – prawnik z bokobrodami à la pułkownik Brandon, porywacz dzieci i człowiek ogólnie niezdecydowany; facet nr 4 (tożsamy z numerem pierwszym) – po raz kolejny zafundował bohaterce nieplanowaną ciążę, po czym wziął ślub, wyjechał do Ameryki i dał się ubić.

- Małgosia aka Latawica: facet nr 1 – bucefał i wykładowca akademicki (nie wiadomo, co gorsze); facet nr 2 – Amerykanin z polskimi korzeniami i krawatem oraz, jak się okazało po ślubie, ciągotami do własnej płci; facet nr 3 – Niemiec bez korzeni, za to w żółtej koszuli; facet nr 4 – podstarzały pisarz, który nie umiał napisać głupiego romansu, jeśli go nie przeżył; facet nr 5 – mroczny taksówkarz z policyjną przeszłością i zapewne TW (węszę tu casus Sawickiej).

Jak widać, w telenoweli gorzej niż w życiu. I jak to podnosi człowieka na duchu! Kiedy myślę sobie, że przecież mogłabym mieć na karku eks-męża, eks-kochanka i eks-adoratora, to zaraz czuję radość z mego ubogiego życia emocjonalnego. I dumę, że inne kobiety mogą tyle znieść.

              

        

Tak więc cieszmy się! Zwłaszcza, że - jak mówi moje motto życiowe -  zawsze może być gorzej.

      

        

buraki

(no subject)

Idą Święta. Idą, a raczej już nadeszły. Z tej okazji pragnę złożyć banalnie tradycyjne życzenia wesołych Świąt wszystkim, którzy czytają (tym, którzy nie czytają, też życzę, ale i tak nie będą mieli okazji się o tym dowiedzieć, więc szkoda marnować bitów i bajtów). A ponieważ Boże Narodzenie to czas sentymentalnych wyznań, postanowiłam takie uczynić. Co widać poniżej.

   

      

Collapse )
     

       

buraki

(no subject)

APEL nr 1

 

Przyznam szczerze i otwarcie: cios, jaki na mnie spadł, przeżywałam ciężko. Łkałam w poduszkę. Wygrażałam pięcia niebu. Kłóciłam się z telewizorem. Jak tak można, panie Filipek? Ja pana obsadzam w roli Wiernego Druha, a pan takie numery odstawia? A przecież myślałam, łudziłam się, że gdzie, jak gdzie, kto, jak kto… Że prędzej Kaczyński z Kaczyńskim się pokłóci i kot Alik z suką Sabą… Że lojalność, prostolinijność, kwity, te sprawy… A pan, panie Filipek, rozwiał me złudzenia i potargał je niczym mroźny wiatr pajęczynę. I do tego, czy musiał pan stawać u boku pani Hojarskiej (której nie darzę sympatią), porzucając równocześnie tak bliską memu sercu panią Beger (o przewodniczącym Lepperze nie wspominając)? Cóż, po raz kolejny brutalna rzeczywistość zniweczyła moje wyobrażenia o Świecie Wielkiej Polityki.

 

 

APEL nr 2

 

Primo, panie Rymanowski, stanowczo protestuję przeciwko zapraszaniu na kawę pana Putry. Może i ma wąsy, ale nie ma poczucia humoru. Na poparcie mojej prośby pozwolę sobie przytoczyć następujący argument: pan Putra wyraźnie nie budzi sympatii pozostałych uczestników programu. Dowód: w ciągu dwóch programów cztery razy padły pod jego adresem słowa „Ja panu nie przerywałem” (dwa razy – Niesiołowski, po jednym razie – Kalisz i Pawlak). Poza tym, panie Rymanowski, jeśli nie che pan mieć w studiu trupów, radzę oddzielić żelazną kurtyną pana Putrę od pana Niesiołowskiego – inaczej jak nic poleje się krew. A przecież ja, skromny widz i zwykły Polak, nie po to oglądam „Kawę na ławę”, żeby sycić oczy widokiem jadowitej złośliwości; od tego są inne programy i inne godziny. Ponieważ zaś pan Niesiołowski – w odróżnieniu od swego oponenta - opowiada dowcipy i gra na tych samych falach, co reszta towarzystwa, proponuję na stałe wymienić pana Putrę na pana Cymańskiego (w moim prywatnym rankingu to jedyny poseł PiS z poczuciem humoru).

Secundo, ja rozumiem: pluralizm, ja rozumiem: wolność słowa, ja wszystko rozumiem, ale czy, na miłość Boską, prezydenta musi reprezentować pan Kamiński? Toż on ma mniej dowcipu niż pan Putra (i wąsów też)! Dowód: na tapecie, a raczej na ławie, sprawa recitalu Dody dla Tuska. Uczestnicy programu zareagowali w sposób następujący:

  • Ryszard Kalisz – historyczna paralela z Kennedym i Marylin Monroe
  • Stefan Niesiołowski (cytuję za netem) - „Jak zobaczyłem, że Doda popiera PO, to cofam poparcie dla Mandaryny.”
  • Tadeusz Cymański – propozycja wspólnych śpiewów (jako ze muzyka łagodzi obyczaje i różnice polityczne)
  • Waldemar Pawlak – dowcip o piosenkarce (BTW, panie Pawlak, gdyby pan przypadkiem wpadł na mojego livejournala, to może pan zdradzić mi tajemnicę i wyznać, co pan tak zawzięcie notuje w swoim miniaturowym notesiku?)
  • Michał Kamiński (cytuję z pamięci) – występ Dody dla Tuska to przejaw kultu jednostki, jaki panuje w PO

Czy to trzeba komentować? Bo ja tylko jednego nie rozumiem: czy chodzi o to, że Doda nie zaśpiewała dla prezydenta? Albo dla pana Kaczyńskiego, w czasie gdy to on piastował godność i tekę premiera? A może pan Kamiński martwi się sytuacją w PO i uważa, że to dla całej partii, dla wszystkich radnych, posłów i szarych myszy powinna zaśpiewać Doda? Tak czy inaczej, proponuje przenieść pana Kamińskiego do „Idola”, a na jego miejsce przeflancować jakąś inną gwiazdę z Kancelarii Prezydenta (chyba że byłaby to pani Fotyga – w tej sytuacji wolę już pana Kamińskiego, który jest równie niekompetentny, ale przynajmniej nie jest kobietą i nie muszę się za niego wstydzić).

 

 

APEL nr 3 (w sumie to nie żaden apel, ale porządek musi być, więc proszę wybaczyć, że nie zmienię nagłówka)

 

Nie tak dawno temu villi obdarowała mnie cennym cytatem dotyczącym mej przyszłej – jak Bóg da – profesji. Skojarzenie pogoniło skojarzenie i przypomniał mi się inny cytat o podobnej tematyce. Bo chociaż nie przepadam za książkami/filmami/serialami o służbie zdrowia (jak to mawiała Bridget Jones, śmieciarz po godzinach nie grzebie w śmieciach), to lubię wydłubywać różnorakie rodzynki z dzieł nie-okołomedycznych. Jednym z nich jest właśnie fragment „Chleba olbrzyma” Mary Mallowan. Wprawdzie rzecz dzieje się w Anglii, w czasie I Wojny Światowej, ale – wierzcie mi – czas i miejsce niewiele znaczą. Miałam przyjemność poznać osobiście „doktora Langa" i „doktora Wilbrahama”. A „doktor „Keen” był na moim roku – i to nie jeden.

     

       

Collapse )