ann_wlkp (ann_wlkp) wrote,
ann_wlkp
ann_wlkp

Dziękuję jak niżej i życzę, żeby niektórzy znaleźli drogę na swój peron.

RADA I: Jak czytać w kółko to samo?
aka
METODA NA TORT,
CZYLI OD BISZKOPTU DO LUKRU

          Są takie książki, do których się wraca; po raz drugi, trzeci i dziesiąty. Podczytuje się przy śniadaniu, po ciężkim dniu albo kiedy słońce wyjdzie po deszczu i na balkonie nie stoi pranie. Są ulubione frazy, ukochane sceny, dialogi, które można cytować z pamięci, bohaterowie prześwietleni od stóp do głów, od pierwszej sceny z kieliszkiem porto do wielkiego finału w kancelarii. Gdyby czytanie było czynnością całkowicie racjonalną, wyłącznie badawczą i eksploratorską, nie było sensu dla tych wszystkich kolejnych powrotów. Po co słuchać w kółko tych samych melodii? Po co recytować wraz z narratorem te same opisy? Ale czytanie to jak podróżowanie, a podróżuje się nie tylko po to, by coś poznać. Odwiedza się rodzinne strony, ogląda dziesiąty raz te same pensjonaty, spaceruje tam, gdzie kiedyś rosły krzaki, a dziś szumi całkiem spory las. Więc to samo, ale nie tak samo. A skoro tak…


ZASADA PIERWSZA: „W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy” (Elizabeth Bishop)


          Innymi słowy, czytając warstwowo, po raz piąty i dziesiąty, trzeba przygotować się, że czasem coś pójdzie nie tak; że coś, co się lubiło, zacznie irytować. Zaczyna się niegroźnie – drobny zgrzyt tam, gdzie kiedyś wszystko grało jak z nut, wzruszenie ramion nad ulubioną scenę, ziewnięcie nad monologiem bohaterki. I nie chodzi o to, że przestaję zgadzać się z autorem – brak zgody oznacza sprzeciw, a sprzeciw to zawsze wyraz zainteresowania. Mnie po prostu przestaje zależeć, żeby czytać dalej, ot, taki sam kawałek lektury jak sto dziesięć innych.  Jasne, sentyment zostaje, tak samo jak i książka (choć raczej w trzecim rzędzie albo na antresoli), ale nie ma już tej bezwarunkowej przyjemności z lektury. W książkach, które straciłam, mieści się na przykład:


  • „Saga” Andrzeja Sapkowskiego – błyskotliwość  bohaterów robi mi źle na cerę, tak samo nadmiar bohaterek w typie „kobieta przy władzy”, a do tego autor lansuje bluzki z żorżety i paski z klamrami jako szczyt ekstrawagancji w stroju wieczorowym

  • Guy Gavriel Kay w całości – tu powiem krótko: kiedyś Kay kojarzył mi się z Waltarim, ale u Waltariego, jak bohater sam nie robił przekrętów na handlu zbożem, to chociaż miał kumpla, który robił to za niego; u Kaya, niestety, brak owego kumpla i tego nie mogę przeboleć

  • „Dziwne losy Jane Eyre” i „Vilette” Charlotte Bronte – nadmiar życia wewnętrznego bohaterek przytłacza mnie do ziemi, uprzedzenia wydają mi się dziwnie odstręczające, a do tego mam ochotę zakrzyknąć razem z lady Eastlake: „Żadna kobieta, o ile nam wiadomo, obudzona gwałtownie w środku nocy, nie myślałaby o narzuceniu sukienki. Na takie okazje damy maja dogodniejszy i bardziej stosowny strój” (podaję za Anną Przedpełską Trzeciakowską w „Na plebanii w Haworth”).

  • Jonathan Carroll, tak od połowy co najmniej – niezłe te książki, nie przeczę, ale czemu ciągle takie same?


          Mogłabym wymienić jeszcze kilka straconych lektur, ale to takie w sumie smutne – kiedyś cieszyło, a  dziś nie cieszy. A przecież pamiętam, jak niegdyś, w środku nocy, we wspólnej kuchni, na diabelnie niewygodnym taborecie obitym skajem, ja sama, dopiero co pełnoletnia, w szlafroku w chmurki, z ziębnącymi nogami, z ciemnością za oknem i sztormem, co szedł nad sosnami, czytałam „Tiganę”, kartka za kartką i nie mogłam się powstrzymać, choć wiedziałam, że następnego dnia przepadną mi całe obchody „Dnia węgorza” i jarmark bursztynu. I co? I nico, bo to se ne vrati.  Bo mogę wskazać palcem, co, gdzie i jak mi nie gra, ale to nie rozwiązuje sprawy, czemu nie gra akurat w tym miejscu, w tej rozmowie, w tym bohaterze i skręcie fabuły. Bo skoro zgrzytam zębami nad Jane Eyre i Lucy Snowe, dlaczego nie mam nic przeciwko Karolinie Helstone i Shirley Keeldar? Wszak i one monologują zawzięcie, mają przemyślenia i życie duchowe na trzy hektary, wszak i za ich plecami narrator serwuje nam kilka wyspiarskich uprzedzeń (i – podobnie jak w pozostałych książkach Charlotte Bronte – uprzedzenia te dotyczą wyłącznie przedstawicielek płci pięknej. Mężczyznom zostaje wybaczone ich nieangielskie pochodzenie). Ale w sumie nie ma co dywagować i dzielić włosa na czworo. Lepiej spojrzeć na sprawę krótko, zwięźle i optymistycznie: nawet jeśli coś się traci, to i coś się zyskuje; choćby i „Shirley” zamiast „Vilette”.



ZASADA DRUGA: „To, co pojawiło się przed nami na talerzykach, nie było wprawdzie tortem, lecz nie było także konstrukcją z suchych wafli z kolorową żelatyną, zwaną wszędzie tortem: natomiast było kawałkiem zwykłego, uczciwego placka z konfiturami z wisien i odrobiną chudej śmietany.” („Filip” Leopold Tyrmand)


          Bo ciasta i książki są różne, a to, co je różni, to właśnie poziom złożoności. Im więcej warstw, im więcej niespodzianek można napotkać, przedzierając się łyżeczką do prologu do epilogu, tym bliżej do tzw. literatury wysokiej. Zresztą, nie znoszę tego wyrażenia – co to znaczy „wysoka”? Trzeba się natrudzić, żeby ją zrozumieć, bo do tej półki sięgają tylko najtęższe umysły? Słabo się sprzedaje, bo ciemny lud nie kupił (dziękuję panku Jackowi Kurskiemu za inspirację do metafory)? Osobiście odnoszę wrażenie, że „literaturę wysoką” ktoś wymyślił: w wersji romantycznej - niezrozumiani twórcy, zgrzytający zębami, że „ten grafoman Grzesiek idzie jak świeże bułeczki, a u mnie kolejny zwrot”; w wersji makiawelicznej - redaktorzy naciągający autorów na szwindle z nakładem własnym („Balzac był wielki i sprzedawał książki jak świeże bułeczki. Proust był równie wielki i publikował własnym nakładem. Pan trafi do antologii szkolnych, ale nie do kiosków na dworcach, i nawet Joyce’owi, podobnie jak Proustowi, zdarzało się publikować własnym nakładem”, jak mówi Garamond do DeGubernatisa w „Wahadle Foucaulta” Umberto Eco). Potem z chęcią termin podchwycili recenzenci, którym naczelny kazał wysmażyć pół szpalty o utworze spoza kręgu ich zainteresowań („Książka pani A. to kolejny typowy wytwór nurtu rozrywkowego…”). Od recenzentów mem przeskoczył na domorosłych intelektualistów, rozmaitych ekspertów i studentów, którzy próbowali podrywać koleżanki na muskulaturę, ale im nie wyszło, więc zmienili nawijkę.

          Z drugiej strony, proces stawania się literaturą wysoką to proces mumifikacji – kto nie jest martwy, wielki być nie może, no, chyba, że załapie się na Nobla. A pośmiertnie, cóż… Pośmiertnie wszystko jest możliwe: za życia trzaskaliśmy kolejne strony dnie i nocą, aż pieniążki miło spływały – po zgonie okrzykną nas geniuszem konstruującym kongenialny portret epoki; za życia zasuwaliśmy felieton za felietonem, mieszając publicystykę z reportażem – po śmierci uwieńczą nas nimbem tego, „który wiedział lepiej”, nie dał się nabrać i dał świadectwo; za życia będziemy upychać opowiadania w byle gazetce – po śmierci zrobią z nas mistrza psychoanalizy, ojca nurtu i matkę biegu rzeki… Jak to szło u Jerome’a K. Jerome’a? ”Wyprawka, którą nasza najstarsza córka wyhaftowała na tamborku w szkole, zyska sobie miano „gobelinu epoki wiktoriańskiej” i będzie niemal bezcenna. Niebiesko- białe kufle z dzisiejszego zajazdu staną się poszukiwanymi antykami; spękane i obtłuczone, za astronomiczną cenę znajdą się na stołach bogaczy, gdzie posłużą za puchary do wina’”. I nie żebym deprecjonowała, żebym się nabijała, żebym nie doceniała – chodzi mi o to, że wśród tych ludzi tworzących kolejne scenki, szlifujących kolejne dialogi, rozwijających kolejne tematy, obojętnie czy szło o dwudziestą wersję sonetu, czy dwudziesty odcinek powieści – nikt nie rozpoznał, że ”tu powstaje Literatura przez wielkie L”?. W każdym razie, nie większym stopniu, niż u każdego twórcy, który ma swój komplet apologetów, gotowych przysiąc, że płodzi same arcydzieła. Może i jest w tym cos optymistycznego.

              Zaiste, nadejdzie czas, gdy okaże się, że żyliśmy w epoce niedocenianych geniuszy; że jakiś przełomowy twórca publikował gdzieś coś w necie, jakiś zwiastun epokowej zmiany, błysk zwiastujący nowy etap, a my ominęliśmy jego dzieło, bo chcieliśmy przeczytać nowego flejma na Onecie.

          Ale spokojnie. Na razie stoimy, z „literaturą wysoką” po jednej stronie rzeki i „Gatunkami” pod drugiej. Mosty zerwane, brody zalane, tylko co bardziej odważni ryzykuję przeprawę na barce. A rzecz przecież zupełnie w czym innym – w tym, że niektóre książki mogę czytać dziesiątki razy, a za każdym razem inaczej. A im dłużej czytam, tym więcej warstw widzę, i wciąż, i wciąż coś nowego. Przykłady?



Proszę bardzo – oto krótka historia, jak ann jadła torcik kawowy autorstwa Michaiła Bułhakowa:



  1. biszkopt spodni, czyli warstwa farsowa


  • Czas - początek lat dziewięćdziesiątych, wakacje, leje jak z cebra, Macierewicz tworzy listę

  • Miejsce: „Jedyne, co może uratować śmiertelnie rannego kota – odezwał się kot – to maleńki łyczek benzyny”


  1. krem numer jeden, czyli warstwa uczuciowa


  • Czas: środek lat dziewięćdziesiątych, zapalenie gardła, koc i herbatka, Łysy jedzie do Moskwy

  • Miejsce: „Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiaty nazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie.”


  1. biszkopt środkowy, czyli warstwa retellingowa


  • Czas: pluskwa milenijna i matura coraz bliżej, autobus się spóźnia, Buzek skacze do ludzi

  • Miejsce: „Jedenasta. Dokładnie od godziny oczekuję na pańskie przebudzenie, ponieważ wyznaczył mi pan spotkanie na dziesiątą. Więc oto jestem!”


  1. krem numer dwa, czyli warstwa historyczno-biograficzna


  • Czas: rok dwa tysiące któryś, wakacje, na balkonie rozkwit petunii i pelargonii, w tle wizyta Putina

  • Miejsce: „To żadna umiejętność – protestował Ambrosij. – Chcę po prostu żyć jak człowiek. Chciałeś powiedzieć, drogi Foko, że sandacz bywa także w Colosseum? Ale w Colosseum za porcję sandacza biorą trzynaście rubli piętnaście kopiejek, a u nas pięć pięćdziesiąt!”


  1. biszkopt wierzchni, czyli warstwa historyczno-obyczajowa


  • Czas: rok dwa tysiące któryś, ale inny, inny balkon, nic już nie kwitnie, skacze tym razem Kaziu Marcinkiewicz na studniówce

  • Miejsce: „Ludzie są tylko ludźmi. Lubią pieniądze, ale przecież tak było zawsze… Ludzkość lubi pieniądze, z czegokolwiek byłby zrobione, czy to ze skóry, czy z papieru, z brązu czy złota. Prawda, są lekkomyślni... No, cóż... I miłosierdzie zapuka niekiedy do ich serc... Ludzie jak ludzie... W zasadzie są jacy byli, tylko problem mieszkaniowy ma na nich zgubny wpływ.”


  1. krem numer trzy, czyli warstwa symboliczna


  • Czas: rocznica wejścia do Unii, ja jadę nad morze, Donald jedzie do Peru

  • Miejsce: „Proszę się nie bać, królowo, krew dawno już wsiąkła w ziemię. Tam, gdzie ją rozlano, dojrzewają już winne grona.”


  1. posypka, czyli warstwa historyczno-symboliczna


  • Czas: życia pracownika ciąg dalszy, liście lecą z drzewa i nie ma dwóch Polsk

  • Miejsce: „Wszystko jest bardzo proste – w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan...”


  1. wisienki na posypce, czyli warstwa anegdotyczna


  • Czas: pożegnanie z umową o pracę, Unia sponsoruje uprawy leszczyny, Plichta sponsoruje gibbony, kto zasponsoruje mnie?

  • Miejsce: „Znakomity gatunek, procuratorze, ale to nie falern?”


I tak mogę wymieniać bez końca.
          Bo jest mój ukochany „Czynnik ludzki” Grahama Greene’a  – istny tort weselny z piętrami i marcepanem: powieść szpiegowska i powieść o miłości, i opis środowiska urzędniczego, i demaskacja postkolonializmu, i urocze rozmówki nad malteserami w srebrnych pucharkach, i bezsilność człowieka wobec państwowego systemu, choć przecież na końcu najważniejsze pozostaje to, co w tytule, czyli właśnie czynnik ludzki.
          A „Emma” Jane Austen? Prawdziwy sernik na zimno w wersji deluxe, z trzema rodzajami galaretki: bo i obraz mikrospołeczności, i opowieść o zdrowym snobizmie, i mój ulubiony typ romansu (od przyjaźni do miłości, bez głębszych tragedii w tle), i portret dziewczyny, która dorasta, i powieść obyczajowa z całą drabiną społeczną, i różnorodny odbiór w zależności od epoki („Zamierzam stworzyć bohaterkę, za którą nikt, prócz mnie, nie będzie przepadał…” – a potem się zaczyna).
          Albo „W ogrodzie bestii” Erica Larsona (bo czemu mam się trzymać wyłącznie beletrystyki?) – toż to cały sękacz i to taki porządny, nie z folii od „Piotra i Pawła”. A w ramach tego sękacza: i reportaż historyczny o odbiorze hitleryzmu w oczach Zachodu, i powieść psychologiczna o ludziach, którzy dali się uwieść, i powieść obyczajowa o dyplomatach lat dwudziestych, i powieść szpiegowska z zaskakującym finałem, i cudownie romansowe wstawki z portretem Lenina i portretem ukochanej na jednym ołtarzyku.

          Proszę tylko nie mówić, że ułatwiam sobie zadanie, że wybieram rodzynki z literatury i jadę li i jedynie na nich. Jak pisałam wyżej: tym literatura wyższa, im więcej warstw, ale każdą książką, do której wracam – może nie tak obsesyjnie jak do tych, które wymieniałam powyżej – da się czytać na co najmniej dwa sposoby. Sporą część romansów przyswajam nie jako romanse, ale jako zapis rozkosznie bezcelowych, a przez to nad wyraz naturalnych dialogów. To ten typ romansów, w których miejsca między scenami łóżkowymi nie zapełnia opis śledztwa, głębokie tragedie protagonistów płci obojga czy walki o prawa mniejszości rasowych – tam bohaterowie po prostu rozmawiają: o ślubie siostrzenicy kuzyna sąsiada, o cateringu i jego braku spowodowanym nagłymi opadami śniegu, o tym, czy należy sypiać z mężatkami i jak wcisnąć się w suknię druhny. Z punktu widzenia fabuły jest to czysta strata papieru i dlatego rzadko występuje poza romansami. W innych gatunkach autorowi po prostu szkoda czasu antenowego, przeznaczonego na podsuwanie nowych wskazówek, opis takielunku i rysunek psychologiczny bohaterów. Twórcom romansów często-gęsto owego czasu nie żal – i za to ich lubię.

   
Tags: czytanie
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic
    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 0 comments