ann_wlkp (ann_wlkp) wrote,
ann_wlkp
ann_wlkp

Dziękuję Silene, która zmotywowała mnie do rozszerzenia komentarza do notki na jej blogu (http://silene-acaulis.blogspot.com/2013/09/dziecinady.html), a także wszystkim uczestniczkom rozmów na temat tego, jak powinni rozmawiać bohaterowie w pociągu, czym jest romans i do czego mogą służyć kable. I będzie w częściach, bo ostatnio niektórzy narzekali, że się niewydgodnie czyta.
 


Czasem tak bywa, że człowiek rano wstaje z łóżka, podąża do łazienki, po drodze wyciszając budzik, zakładając szlafrok i wstawiając wodę w czajniku, a zanim się obejrzy, w lustrze widzi kogoś zupełnie innego. Nie - normalnego obywatela mieszczącego się w widełkach wartości referencyjnych, pod krzywą Gaussa, między dziewięćdziesiątym piątym a piątym percentylem – nie, człowiek widzi ginący gatunek.
          Włączam telewizor, a w nim eksperci – a każdym z ogonem tytułów i pełnym ekspresji uśmiechem – dowodzą, że pokolenie stanu wojennego to ostatnie dzieci PRLu; po nas już nikt nie będzie pamiętał, po czym odróżniało się kefir od śmietany (po kapslu, podaję dla osób zainteresowanych) i jak oszukać aparat w budce telefonicznej (tu nic nie podaję, żeby nie zachęcać do czynów przestępczych). U Michnika kolejne profesory orzekają, że tylko dzięki serii fortunnych wydarzeń udało mi się uniknąć dołączenia do grona bezrobotnych z wyższym wykształceniem, kredytem w frankach i poczuciem oszukania, i choćbym zapierała się zadnimi nogami, że też pracuję na zlecenie i spłacam pokornie raty, nikt nie uzna mnie za prekariusza. Otwieram czasopismo branżowe: tam z kolei debata o ginącej specjalizacji, specjalizacji, dodam, nad wyraz upierdliwej, nieefektywnej i nieopłacalnej, ergo – nic dziwnego, że ginącej. A choć wszyscy zgadzają się, że owa specjalizacja jest także niezwykle potrzebna, jednocześnie ubolewają nad jej zmierzchem, bo i coraz mniej frajerów daje się na nią naciągnąć, co z kolei prowadzi do konkluzji, że czeka nas era speców tunelowych, co „odtąd – dotąd, a co poniżej, to proszę do kolegi na drugim piętrze, pokój 3A”. Człowiek popada w paranoję, patrzy w lustro i zastanawia się, czy już czas na zgłoszenie akcesu do Czerwonej Księgi Ginących Gatunków. Może jakiś miliarder wzruszy się i zasponsoruje słój z formaliną, żeby kolejne pokolenia mogły oglądać ostatnie egzemplarze dawnej fauny III RP?
          Ale nic to, nie ma co się poddawać – bowiem w tym zalewie informacji o zmierzchu, upadku i schyłku jest jedna wiadomość pocieszająca. Otóż w przeszłość odchodzi nie tylko PRL i frank szwajcarski – w przeszłość odchodzi także czytanie. Przyznaję, nie wymyśliłam tego sama. Nie wpadałam na tę odkrywczą konkluzję po serii debat, manifestów i akcji sponsorowanych przez różnorakich dobroczyńców („Czytaj dzieciom, inwestuj na Podkarpaciu i kochaj Polską Miedź!”). Nie dotarło to do mnie, mimo kolejnych dodatków literackich znikających jak sen złoty, mimo przerabiania księgarni na delikatesy, antykwariatów - na apteki, a gazetek Empiku - na reklamy zestawów do decoupage’u. Nie, musiałam o tym przeczytać. Z chęcią zarzuciłabym adekwatnym wyimkiem; niestety, ów passus znajduje się w książce, którą w ręce miałam jedynie przez kwadrans, a z którą bliższą znajomość odłożyłam na później – mówię tu o „Młodszym księgowym” Jacka Dehnela. Cytując z pamięci: czytanie przechodzi powoli z kategorii „coś, co robią wszyscy” (jak słuchanie muzyki, oglądanie seriali, wyjazd na wakacje, gotowanie zupy) do kategorii „zabawki dla nielicznych” (jak korzenioplastyka, szachy i nurkowanie głębinowe).
          Gdy tylko dotarła do mnie owa konstatacja, uśmiech wypełzł na me usta niczym u ordynata Michorowskiego. Ach, pomyślcie tylko! Czy widzicie to samo, co ja? Te szalone perspektywy, cudowne widoki, nowy, wspaniały świat tuż za horyzontem? Świat, w którym powstanie Polski Związek Czytelników; w którym będziemy mieć struktury, rady, kierowników, ba!, może nawet majątek w nieruchomościach? Może nawet prezesa, który za pieniądze podatników będzie pokazywał się w telewizji publicznej (i to w prime-time’ie! Nie dla nas ogony po północy czy przerwy śniadaniowe!) i jeździł na ciągniku, przepraszam, siedział z książką w ręce? Przebijemy działkowców, zakasujemy wędkarzy; ochotniczy strażacy, gospodynie wiejskie i kynolodzy padną przed nami pokotem! Widzicie te kółka, te ulgi podatkowe, te dopłaty, dotacje, dodatki, strumienie pieniędzy płynące do naszych kieszeni, tylko za to, że czytamy? Przyznaję, ogarnęła mnie euforia, a wszak to zaledwie odległa przyszłość; Bóg raczy wiedzieć, czy my doczekamy tego eldorado, czy dopiero nasze prawnuki.
          Tym niemniej, nie należy zasypywać gruszek w popiele. Czytanie nie może być tylko przyjemnością, zabawką i milutkim hobby. Musimy do sprawy podejść poważnie, wszak nie wiadomo, jakie będą warunki, czym trzeba będzie się wykazać, by zasłużyć na dumny tytuł czytelnika. Czy pójdziemy na ilość czy na jakość, a może decydujące okażą się kwestie patriotyczne? Kto zapunktuje wyżej: zwolennik „Zmierzchu” czy „Greya”? Czy ważniejsza będzie lektura „Antka” czy Antoniego Macierewicza? Ile dadzą za „Trylogię”: po tomach, po księgach czy hurtem, w całości? Czy będą kartkówki z treści, czy raczej odpuszczą nam opisy przyrody i seksu? Niewiadomych jest wiele, przyszłość rysuje się mgliście, Izyda skryta za woalem tajemnicy, tu i wróż Maciej z ezoTV nie pomoże. Dlatego od dziś proponuję podejść do sprawy poważnie i zacząć intensywne szkolenie. Żadne tam amatorskie podczytywanie przy obiedzie, żadne rzucanie okiem w tramwaju i do poduszki. Stawiamy na solidność, metodę i wydajność, jak każdy, kto chce założyć związek i mieć struktury.
          W celu usystematyzowania posiadanej wiedzy, położenia podwalin, zrębów i fundamentów, na których staną nasze szklane domy, pozwoliłam sobie stworzyć krótki samouczek. Nie tyle standardy, co wytyczne; nie tyle podręcznik, co poradnik. Ot, garść uwag dla każdego zainteresowanego. Tyle, żebyśmy wyprzedzili innych w wyścigu o kasę, zdołali zabłysnąć na tle rozmaitych fundacji i zrzeszeń, przyciągnęli uwagę biznesmenów, sponsorów i rozmaitych Plichtów przyszłości, a jak Bóg da – dorobili się prezesa, statutu i zarządu. A jakby co, drodzy moi, to zaklepuję funkcję wiceprzewodniczącego ds. funduszy reprezentacyjnych; zawsze chciałam rozdawać kosze owoców i wieczne pióra wysadzane brylantami.




JAK ZOSTAĆ CZYTELNIKIEM W WEEKEND – gdyż dzisiaj każdy potrzebuje fachowej porady, jak robić to, co robi każdy

„MISTRZ KAROL ADOLF: ...Tryb życia człowieka odpoczywającego (papież) będzie prowadził. Nie mówię, że w ciągu dnia, bo w ciągu dnia pewnie będzie miał jakieś swoje zajęcia. Przed południem może będzie coś pisał...
MŁODY MESSERSCHMIDT: Autobiografię pod tytułem „Jak zostałem papieżem?”, ewentualnie popularny poradnik „Jak zostać papieżem?”, albo superbestseller: „Jak zostać papieżem w weekend?”
(„Narty Ojca Świętego”, Jerzy Pilch)



Rys historyczny: gdy zaatakuje nas mikrofala, czyli czytanie na przełomie wieków


          Za sto czy dwieście lat, gdy będziemy już tylko prochem marnym, a w najlepszym wypadku rodzinną anegdotą, nasi potomkowie popatrzą na pomniki i westchną sobie, w jak ciekawych czasach przyszło żyć ich przodkom. Jeszcze nie skończyliśmy ząbkować, a padł Sierpień 80, wojna wisiała na włosku i mundurowi napadli na rezerwowych w cywilu (powtarzam za Sylwestrem Chęcińskim). Jeszcze nie zdjęliśmy komunijnych ubranek, a złożono Okrągły Stół i naród tańczył na resztkach muru berlińskiego. Graliśmy w gumę i zbieraliśmy naklejki, nie wiedząc, że to wszystko to wytwory drapieżnego kapitalizmu i zwiastuny szalejącej konsumpcji. Inflacja rosła, historia się kończyła, disco-polo grało, a za plecami czaiła się pluskwa milenijna. Ledwo odetchnęliśmy, że nie zjadała nas mikrofala, ledwo zmyliśmy brokat z włosów i cienie z powiek, ledwo wypiliśmy za NATO, Wisławę Szymborską i wszystkie kraje Unii (z Luksemburgiem włącznie!), a tu okazało się, że z tym końcem historii to była ściema i czas pakować się do czołgów, ponieść demokrację innym narodom. Potem nadszedł kryzys, zielone wyspy zbankrutowały, tygrysy przestały skakać, nauczyliśmy się literować słowo „prekariusz” i ogólnie nam się odechciało.
          Co dalej – Bóg raczy wiedzieć, ale już ta skromna wiązanka wydarzeń jest dostatecznie bogata, byśmy mogli poczuć się mitycznymi uczestnikami życia w przysłowiowych „ciekawych czasach”. I tak pewnie przejdziemy do historii: z tymi stołami, pluskwami, białymi skarpetkami i Noblami. I kto by uwierzył, że żyliśmy ot, tak sobie, zwyczajnie, bez poczucia, że coś się kończy, a coś zaczyna, bez lęku przed apokalipsą, bez mrocznych cieni zasnuwających nasze alabastrowe czoła pokolenia przełomu? Jasne, jakieś tam zmiany zaobserwowaliśmy, coś tam nas zaskoczyło (mnie, na przykład, możliwość kupna pięknych, kauczukowych kul do gry i to bynajmniej nie spod lady czy w Pewexie, ale w zwykłym osiedlowym samie Anno Domini 1992), tylko nijak się to nie rymuje z wielkością wydarzeń na arenie światowej. Z drugiej strony, głupio byłoby stać na tejże arenie i zachwycać się kauczukową kulą z wtopionymi gwiazdkami z brokatu (niektóre egzemplarze miały jeszcze ogonek z tzw. włosów anielskich – to dopiero był odjazd!), więc może to i lepiej, że historia nie zamarynuje mnie w tej pozie dla przyszłych pokoleń. Zresztą, gdybyśmy tylko trwali jak posągi na tle tych czy innych epokowych wydarzeń, gdzie byłby czas na życie? A w tym życiu – gdzie czas na czytanie?
          A czytanie to było coś, co robiło i robi większość ludzi dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Tak czy niejako owak, jak mawiał pewien profesor. Tak więc, jeśli mamy dochować się czytających potomków, trzeba by im najpierw wyjaśnić, o co chodzi w całym tym interesie. A weźcie pod uwagę, że nie wiemy, co tam na nas jeszcze czeka za lat kilka – może jakaś malutka apokalipsa, może ktoś wyłączy prąd na planecie Ziemia albo władzę na światem przejmą cykliści? Może nasi spadkobiercy odkopią zmurszałe resztki i będą się dziwić, do czego nam służyły te tony zadrukowanego papieru (na marginesie: to już, rzecz jasna, było – gdyż „Historycy twierdzą, że kiedyś istnieli poeci, którzy kłamali, żeby rozerwać czytelników...”, jak mówi Daniel do Mai, pod koniec „Klucza do otchłani” Jose Carlosa Somozy).
          Tak więc, drogi potomku, jeśli siedzisz gdzieś tam – a może nawet nie siedzisz, może wisisz w plazmie albo jesteś bytem falowym – posłuchaj: na czym polega czytanie.
          Można powiedzieć, że czytanie jest proste: sprowadza się do składania słów w zdania, zdań w akapity, a dalej już się coś ulepi. I, oczywiście, tak jest. Tym niemniej, do czytania potrzeba czegoś więcej. Z czytaniem bowiem jest jak z wirtualnym seksem. Niby wszystko ładne, gładkie i bezpieczne, nie musimy stosować antykoncepcji, bać się chorób wenerycznych ani zachodzić w głowę, w jakiej kolejności ściągać bieliznę, ale potrzeba do tego trochę wyobraźni. Jeśli zabraknie owego ostatniego czynnika, można dojść do wniosku, że - tu pozwolę sobie sparafrazować bohatera opowiadania „Obcy, którzy wiedzą, znaczy, wszystko” George’a Aleca Effingera - seks wirtualny to seks bez przyjemności. I jeżeli do czytania podejdziemy jak do obsługi pralki – sumiennie, lecz bez polotu – skończy się tak, jak zawsze kończy się z praniem: ciuchy czyste, a satysfakcji nie uświadczysz (mówię tu, rzecz jasna, o praniu automatycznym; pranie ręczne, ba!, nawet pranie z użyciem urządzeń wirnikowych, może przynieść sporo zadowolenia, jak każda brudna, ciężka robota z widocznym rezultatem). Tak więc, pamiętajmy: biorąc książkę do ręki, przygotowujemy się do wirtualnego orgazmu, nie do włączenia programu „tkaniny naturalne, delikatne, z wirowaniem, bez suszenia”.
          Przypuśćmy, że ten pierwszy stopień już za nami: coś tam przeczytaliśmy, wiemy, jak to się robi i z kim wychodzi najlepiej. Przed nami kolejny stopień, czas przeskoczyć na wyższy poziom gry i rozwinąć skrzydła. Przejść od wykonywania czynności do zmiany stanu świadomości; od bytu, który określa świadomość, do świadomości, który określa byt. Innymi słowy, nie tylko przeczytać książki, ale być czytelnikiem.

c.d.n.



Tags: czytanie
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic
    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 3 comments