ann_wlkp (ann_wlkp) wrote,
ann_wlkp
ann_wlkp

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU, czyli gdyby Rymanowski był Anglikiem…

Zaczynam tradycyjnie i zgodnie z wytycznymi Radia Maryja – nie na temat (patrz: anegdota z słuchowiska: Słuchaczka: „Ja to byłam na pielgrzymce i ile tam winiaków księża kupowali…” Ksiądz redaktor: „Mówi pani nie na temat dzisiejszej katechezy.”). Otóż zasadniczo lubię sztukę, która daje mi komfort – psychiczny, emocjonalny, intelektualny i zmysłowy. Lubię poczuć się wygodnie, pogodnie i miło, z przekonaniem, że chociaż zazwyczaj świat widzę lepszym niż jest, to może jest gdzieś taki świat, w którym jest to prawdą. I świat ten nie różni się wiele od naszego. Ot, choćby kryminał, w którym poseł narodowowyzwoleńczy jest kryptogejem i romansuje z asystentem albo opowieść, jak to małe i zamknięte społeczności religijno-rasowe dają ochronę ludziom z zewnątrz; albo obrazek z rękami wyciągniętymi nad barykadą, bo rodzina to rodzina, nawet jeśli idiota i zdrajca. I jasne, gdzieś za uszami tłucze mi się myśl, że patriotyczni bojownicy nie entuzjazmują się seksem oralnym z zakochanym podwładnym, ale kupują sobie młodzianków spod latarni, nad barykadą nie da rady uścisnąć sobie dłoni, a małe społeczności potrafią zrobić z obcego mielonkę nie gorszą niż ta sprzedawana w konserwach turystycznych. I dlatego - od czasu do czasu, nie zbyt często (bo wtedy zaczynam myśleć po niemiecku, tzn. o Demokracji, Wartościach i Prawdzie, i wszystko to z wielkiej litery), ale i nie za rzadko (bo wesołym, nieświadomym niczego zajączkiem zamierzam zostać dopiero w wieku podeszłym) – wrzucam sobie na ruszt coś, co bardziej przypomina zwyczajne życie. W którym zły pieniądz wypiera dobry, ludzie nie zmieniają się na lepsze tylko dlatego, że świeci słońce, a wszyscy wychodzą na głupa, niezależnie od tego, czy w sposób żenująco nieudolny próbują podkładać sobie świnie, czy, wręcz przeciwnie, preferują zachowanie pajacowato-szlachetne. I – zaznaczam – nie chodzi o żadne dołujące obrazy nizin społecznych i umysłowych, żadne obrazki nędzy i rozpaczy, żadne tragedie wielkości Matterhornu i depresje porównywalne z Rowem Mariańskim – ot, zwyczajna nasza orka na ugorze, raz pod górkę, a raz z górki, pod niebem złocisto-błękitnym, choć to jedynie złudzenie wzrokowe, bo wszak kosmos jest czarny.

I tak właśnie – meandrując pomiędzy tym, co lubię zawsze, i co lubię od czasu do czasu – doszłam do clue wywodu, a mianowicie do „The Hour”. Kto dotarł ze mną do tego momentu, niech się nie zniechęca – nie chodzi o serial nadmiernie głęboki, o serial artystyczny, o serial mroczny jak sumienie cara Aleksandra, podwójne espresso i noc przed wynalezieniem żarówki. Jest to, ot, taki sobie uroczy dwunastoodcinkowiec (BBC, kocham się! Wreszcie daję radę obejrzeć cały serial, zamiast odpaść na czwartym odcinku piątego sezonu) o tym, jak pewni młodzi i nie tak młodzi ludzie kręcili program informacyjny w czasach, gdy nie było TVN24 i tytułowa godzina (raz w tygodniu! Wyobrażacie sobie?) musiała wystarczyć na przedstawienie informacji, analizę i wywiad, okraszone jeszcze migawkami z terenu i wstawkami eksperta. Tak, trzeba przyznać, było ciężko. Choć, z drugiej strony, było łatwo. W owych legendarnych czasach politycy obarczeni brzemieniem skandalu uciekali przed telewizją lub ewentualnie próbowali zakulisowo ocenzurować materiał, a nie urządzali pięć konferencji prasowych, z których każda przypominała połączenie programu „Wybacz mi” z reklamą oleju („Nasz olej łączy ludzi! Wszelkich wyznań, kolorów i kształtów! Podajmy sobie ręce i pójdźmy w tan z butelką „Rzepakowego!”), a jedyne różnice dotyczyły kolorów krawatów. Ale nie ma co narzekać – może i styl polityki mamy inni, ale ludzie tacy sami. I świat. I nawet moda wraca. Więc skoro tak, to za co lubię „The Hour”, i co ma wspólnego czasami współczesnymi – postaram się to udowodnić w pięciu akapitach i stu zdaniach, jak to pisało się w podstawówce, gdy trzeba było spłodzić tzw. modelową rozprawkę-na-temat („Uwodnij na przykładach i z cytatami, że fraszki Kochanowskiego są aktualne, Rozalkę niesłusznie spalili w picu, a Staś Tarkowski to ideał mężczyzny” – pamiętacie?). No więc, do rzeczy!


dla obywatelki V., która dostarczyła mi wielu godzin cudownego zanurzenia w fabule oraz dla obywatelek M&P&A, które zmuszone są do życia w towarzystwie słowotoków


Krótka charakterystyka bohaterów, czyli czy twoim ideałem kobiety jest Danusia, Jagienka czy może Zbyszko?

Cytat przewodni: „Przypomniałem sobie, że niektórzy autorzy mają zwyczaj pisania na przykład w ten sposób: <<Drzwi się otworzyły i na progu ukazał się postawny, muskularny mężczyzna w kudłatej czapie i ciemnych okularach>>.” (Arkadij i Borys Strugaccy)

Każda historia zaczyna się prosto: był sobie Lech, Czech i Rus; Kacper, Melchior i Baltazar; Tusk, Olechowski i Płażyński; była sobie blondynka, brunetka i ta trzecia, po prostu brzydka; były sobie kurki trzy, świnki trzy i „Santa Maria”, „Pinta” i „Nina” też były trzy. W „The Hour” jest identycznie – oto spotykają się trzy osoby : Kobieta Wyzwolona, Intelektualista i Bucefał. Nad głowami trzepocze im Union Jack, za plecami rozpościera się szeroka panorama polityczno-społeczna, a na horyzoncie majaczy, jako ta Gwiazda Zaranna, szczytny cel: zrobić nowy i prawdziwy program informacyjny. Tyle że tak naprawdę jest zupełnie inaczej.

- Bel Rowey, czyli dlaczego nie warto palić bielizny?
Odpowiedź jest prosta – jakbyśmy, kobiety drogie, wyglądały w sukni wieczorowej bez bielizny? A nawet w koktajlowej czy wizytowej? Otóż wyglądałybyśmy nieco bezkształtnie, nie mówiąc już o tym, że bez stanika człowiek się garbi, a bez rajstop/pończoch kieca klei się do nóg. I z Bel tak samo, Bel nie myśli o tym żeby się wyzwalać, Bel myśli o tym, żeby zrobić program. I jeśli bywa jej ciężej jako kobiecie – a bywa cały czas, zwłaszcza zanim wyrobi sobie markę – to nie jest to żadna walka pod sztandarami. Żadne tam Wielkie Sprawy, ot codzienne wychodzenie na idiotkę, przepychanie sprawy i wpychanie się do cudzego kółeczka. Brzmi znajomo, prawda? Ale, powiedzcie, tak szczerze jak na spowiedzi świętej, z ręką na sercu czy innym ważnym organie, nie denerwuje was kiedy mężczyzna oblatuje cały pokój, podając rękę wyłącznie innym mężczyznom? Nie żeby chciał kogoś obrazić czy pominąć, ale wszak to taki odruchowy nawyk: grabę ściska się tylko facetowi. To takie naturalne jak wejście do palarni – tylko dla panów (w załączeniu proszę dorzucić scenę z filmu o Margaret Thatcher, w której bohaterka wstaje od stołu razem z innymi politykami, a tle brzmią słowa „Shall we join the ladies?”). Nie brzmi to zbyt dumnie, chwalebnie czy powabnie, ot, po prostu codzienne idiocenie do kwadratu, przy czym najtrudniej nie popaść z jednej strony w stereotyp „miłej panienki z okienka” (uśmiechanie się i załatwianie dekoltem – bardzo skuteczne, ale potem trudno wejść w inną rolę), z drugiej – w stereotyp „jakam ci ja zimna sucz” (zjeżdżanie wszystkiego i wszystkich jak leci – mało efektywne na dłuższą metę, chyba że w międzyczasie awansujemy na dyktatora jakiegoś roponośnego i bogatego w złoża uranu państewka). Więc Bel ma ciężko, ma ciężko zwłaszcza, gdy sytuacja zmusza ją do tego, żeby była wdzięczna za to, za co wdzięczna być nie powinna, bo należy się jak psu zupa. Tyle że realnym świecie mnóstwo nie tylko psów, ale i ludzi, chodzi na głodnego. I jeśli nawet nasza bohaterka nie ląduje na liście „Brightstones”, to pytanie brzmi, czy tylko dlatego, że jest sobą i, w odróżnieniu od co poniektórych bohaterów, nie staje w poprzek systemu; czy może raczej przyczyna tkwi w braku chromosomu Y (gdyż kobieta, jak zeznaje sam Clarence, nadaje się doskonale li i jedynie na parawan). I, kontynuując, czy Bel byłaby dość praktyczna, by uznać to za komplement od losu, czy raczej czułaby się znowu potraktowana per nogam? W pierwszym przypadku: realnie rzecz biorąc – odpowiedź „B” (choć „A” tez jest prawdą), a w drugim, jak dla mnie – zdecydowanie „A”.

- Freddie Lyon, czyli jak znaleźć i stracić pracę w weekend?
Bo czego trzeba, by znaleźć pracę – wystarczy wziąć do ręki gazetę, poradnik czy przewodnik po rozmowach kwalifikacyjnych: w co drugim akapicie powtarza się słowo „kreatywny”. A co trzeba by tąż wytęsknioną robotę stracić? To samo: wystarczy być kreatywnym. Bo nikt tak naprawdę nie szuka ludzi kreatywnych; szuka się ludzi pomysłowych, przedsiębiorczych czy samodzielnych. Jak wygląda osobnik kreatywny, można zobaczyć, patrząc na Freddie’go, a Freddie to taki typ, co „na poliniowanym pisze w poprzek”. I, owszem, dodaje programowi słynnego pazura, o którym wspomina Randall, potrafi pomyśleć w bok, gdy wszyscy patrzą tylko przed siebie, czepia się, gdy inni machną ręką, ze sznurka i pinezek buduje logiczne ciągi tam, gdzie wydaje się być tylko koincydencja, ale… ale tam, gdzie Camille dostaje w pysk – Freddie widzi temat na konfrontację dwóch punktów widzenia; tam gdzie Rosa Maria ląduje zimnym trupem – Freddie widzi okazję na zwerbowanie Kiki; tam gdzie na podłodze wala się kolejny zimny trup, tym razem w prochowcu – Freddie odkrywa rodzinne zdjęcia w portfelu. I nie chodzi o to, że Freddie jest nieludzki, antyemaptyczny czy inne bzdury (nawiasem mówiąc, zbyt duży ostatnio urodzaj na para-autystycznych geniuszy – scenarzyści, zaklinam was, nie idźcie tą drogą! Czas wprowadzić płodozmian, bo dojdzie do wyjałowienia gleby!). Freddie jest wybitnie ludzkim i normalnym człowiekiem, mieszczącym się między piątym a dziewięćdziesiątym piątym percentylem. I czasem tylko patrzy w inną stronę, niż patrzą wszyscy. Ale - z drugiej strony, z tej z której akurat zdarza się Freddie’emu nie spojrzeć – gdyby mnie młodociany bojówkarz-rasista przyłożył po twarzy, wolałabym, że mój mąż nie odkrywał w tej akurat chwili racji oponenta, złożonego problemu społecznego i pomysłu na konfrontację – wolałabym, żeby raczej dał napastnikowi z liścia i pieprzyć inny punkt widzenia. Zresztą, w odcinku o rasistach owa kreatywność Freddie’ego chyba najbardziej uwiera współpracowników; nic dziwnego, że Sissi – jako narzeczona imigranta z Nigerii - odmawia zajmowania się Trevorem (zresztą, o rasizmie, faszyzmie i Mosleyu jeszcze będzie – cieszycie się na pewno, nie?). Pozostaje tylko jedno – zastanowić się, dlaczego Freddie w pierwszym sezonie nie ma dylematów, gdy trzeba schować pod stół kompromitujące zdjęcia (bo wszak nie robi się tego swojemu krajowi, n’est-ce pas?), a w drugim – gdy trzeba zaryzykować życiem Kiki i owe brudy ujawnić? Nowy garnitur, nowa żona, nowy image? Czy może wręcz przeciwnie, wszystko zostało po staremu?

- Hector Madden, czyli czemu życie wyszło z wody na ląd, a potem nie umiało wrócić?
Jak pisze Marcin Ryszkiewicz: życie mogło wychodzić na ląd wiele razy, problem w tym, kiedy i jak wyszło na ląd tak, że nie dało rady wrócić, a dało radę przeżyć? A przecież nie jest łatwo, ot tak, przerzucić się z majtania skrzelami na filtrowanie powietrza, walczyć z ciążeniem ziemskim i odnaleźć się w świecie, w którym można iść w prawo, w lewo i na południowy zachód, ale za Chiny nie dasz rady zrobić nurka. Fakt, mamy teraz na naszej planecie różne gatunki ziemnowodne, ale ile milionów potrwało, zanim się wykształciły? Ile za nimi falstartów, wymarłych kuzynów i siostrzenic wygryzionych z nisz ewolucyjnych przez obrotnych konkurentów? Więc, jak ma sobie poradzić Hector, który dysponuje zaledwie wyszczerzoną gębą a la Cary Grant i ustosunkowanym teściem? Zwłaszcza, że rychło do bohatera dociera, jak niewiele znaczą jego atuty w tym nowym świecie, gdzie nie oddycha się wodą, nikt nie ma płetw, a kobiety i chłopaczki w okularach robią sobie podśmiechujki z przystojniaków, co nie potrafią sami trzech słów do rzeczy sklecić. Ale to jest jeszcze nic – wszak Hector się wyrabia: od deklaratywnie nonszalanckiego „z gazet-to-sport-czytuję”, przez intelektualne podciąganie się na drążku (patrz: pożyczanie książek, wspólnie winko w troje), do zrozumienia, że wyżej dupy nie podskoczysz i każdemu Bóg dał według potrzeb (patrz: wielki come back Freddie’ego i scena zadawania pytań na konferencji prasowej). Schody zaczynają się gdzie indziej: bo Hector i może wyszedł na ląd, ale w wodzie pozostała spora część jego życia, i to, że nagle zaczyna mu przeszkadzać żona, teść z koneksjami i wzorzyste tapety - bo radośnie bulgoczą skrzelami i nawet nie pomyślą, że może być coś ciekawego w przerabianiu płetw na łapy – czy to ich wina (no, może z wyjątkiem tapet – rzeczywiście były koszmarne)? A potem… potem bywa jak zawsze: życie wychodzi z wody na ląd i szampan uderza mu do głowy. Bo okazuje się, że tu są zupełnie nowe możliwości, że można nie tylko pływać czy pełzać, ale skakać i biegać, że można zająć miejsce w łańcuchu pokarmowym, stanąć do wyścigu zbrojeń, powalczyć z doborem płciowym, ba, może nawet wygrać? A kończy się… kończy się też, jak pan Bóg i Darwin przykazał – może i Hector nie podzielił losu dinozaurów, ale nauczył się, co to znaczy własna nisza ekologiczna i jak zaczyna się wymieranie gatunków (patrz: scena w celi).


Krótka charakterystyka drugiego planu, czyli Szwedzi wyją do księżyca, Tatarzy bełkoczą, a Amerykanie gnębią latarników

Cytat przewodni: „Mogłabym reklamować się znacznie lepiej, gdybym wiedziała, jako co chcesz mnie sprzedać.” (Michael Swanwick)

Drugi plan jest ważny, czasem nawet ważniejszy niż pierwszy, bo ileż osób można upchnąć na wystawie – dwie, trzy? A tło bywa czasem zabawniejsze, wyrazistsze i ważniejsze, ba!, tło bywa czasem symbolicznym i metaforycznym podsumowaniem szerokiego spektrum przekroju społecznego (patrz: wzorzyste tapety Marnie); zarysem fresku budowanego z pietyzmem przez drobne, acz charakterystyczne gesty; niemymi statystami przemykającymi przez dwa sezony na granicy naszej plamki ślepej, po to tylko, by w finale wygłosić wiekopomne zdanie, rozlać herbatę i podbić serce jednym odgarnięciem loka z czoła. Ale do rzeczy – drugi plan w „The Hour” rządzi się swoimi prawami i są to prawa życiowe.

- Po pierwsze, dlaczego słońce nie zachodzi w technikolorze, policjanci nie tańczą na ulicach, a chłopak nie spotyka dziewczyny?
Bo przecież mogłoby być tak pięknie, mogliby dać widzowi namiastkę katharsis, mogłoby się coś ułożyć w miły dla serca schemat fabularny. Niedoceniany chłopak mógłby zabłysnąć w roli gwoździa programu (i zabłyśnie – swoim skeczem, który nawet wywoła pianę na pysku u kogo trzeba), mógłby wypromować się na lepsze stanowisko (i wypromuje – nie będzie przepisywał notatek, będzie prowadził dział i zostanie głównym riserczerem), mógłby zostać doceniony (i zostanie – jego sztukę przerobią na słuchowisko, i to bez pomocnych poprawek Freddie’go), mógłby zaimponować dziewczynie (i zaimponuje – choć zaczynali od pogawędek w składziku i na pogawędkach w składziku skończą) – ale ciągle będzie tym, kim był: chłopakiem z drugiego planu, którego nikt nie wepchnie do pierwszego rzędu, a on sam też nie wykona kluczowego ruchu łokciem (zresztą, dlaczego miałby to robić?, jest przecież zadowolony z tego, co udało mu się osiągnąć). A dziewczyna… dziewczyna wyjdzie za innego. Tak przecież też się zdarza – w końcu ilu ludzi wychodzi za swoje pierwsze miłości?

- Po drugie – jak już się zrobiło tak melancholijnie – pozwolę sobie zacytować moją ulubioną piosenkę  o miłości: „stop at the surface, the surface is fine, we don’t need to go any deeper”.
Innymi słowy, nie sztuka być sympatyczną postacią, gdy jest się postacią charakterystyczną. Bohaterowie, jak ludzie, często tracą przy bliższym poznaniu - tracą tę uroczą gładkość i fajność, która mają tylko postaci „w typie”.  A typy mogą być różne, gdyż w popkulturze jak w komunizmie – każdemu według potrzeb. Można być na przykład Starszą Towarzyszką; kimś, kto wie lepiej, bo przeżył swoje, ale nie wykłada tego na talerzy, tylko co najwyżej pożyczy rajstopy albo spędzi miłą noc w łóżku. Kimś profesjonalnym i zaangażowanym, kimś komu zależy, kto ma kontakty w Aleksandrii, odróżnia Nasera od Nagy’ego  i wódkę od whisky. Kimś, kto nie tylko złośliwie skomplementuje kolor krawata, ale jeszcze zauważy, że to ten sam krawat, co wczoraj, i wyciągnie z tego odpowiednie wnioski, choć nie będzie nimi epatował (nawiasem mówiąc scena krawatowa z duetem Lix&Hector znajduje swoje odbicie w o sezon późniejszym dialogu Randall&Bel na temat wieczorowej sukni tej drugiej – to się nazywa powinowactwo duchowe, czyż nie?). Takie postaci zawsze dobrze się sprzedają, bo iluż z nas nie chciałoby być profesjonalnie zaangażowanymi bohaterami (a raczej bohaterkami) z poczuciem humoru i równowagą ducha? Ja na pewno bym się na to pisała. Ale, cóż, nadchodzi drugi sezon, a w nim nie jest już tak różowo. Zaczyna się podstępnie i chyłkiem, a zanim się obejrzymy, pod płaszczykiem miłych dogryzek i poukładanych pinezek, serwowanych nam z porozumiewawczym mrugnięciem oka („Relacja, relacja, z przeszłości, drogi widzu! Może nawet seksem podszyta, i przyjaźnią, i profesjonalizmem? Nie bójcie się, będzie tak jak było, ale bardziej!”), my, urzeczeni widzowie, rozkładamy się na kanapie z myślą, że przecież komuś musi się w tym pieprzonym serialu udać (i uda, ale zupełnie komu innemu i kiedy indziej), a to takie sympatyczne postaci, taki ładny i zgrabny wąteczek, tak fajnie wszystko się układa i wiele więcej do szczęścia nie trzeba, po czym… nie, nie dostajemy w łeb Mroczną i Straszliwą Tajemnicą. Dostajemy na talerzu zwyczajną opowieść o ludziach, którym się nie udało i którzy mieli pecha na tyle nabruździć sobie wzajemnie w życiu, że teraz już żadne pinezki i dogryzki tego nie zmienią, można tylko potrzymać się rękę. Więc trzymają się, a my z nimi. Chociaż wolelibyśmy, żeby znowu było tak sympatycznie i na okrągło.

- Po trzecie – skoro zrobiło się tak smętnie - tym razem coś podnoszącego na duchu.
Bowiem niektórym wychodzi! Może nie od razu składa się jak japońskie orgiami, łańcuch na choinkę i kostka Rubika w jednym, ale tym niemniej mamy jakąś konstrukcję, która rokuje na przyszłość. W ramach fundamentów, betonu prawdziwego, niemal wielkiej płyty, której ponoć nic nie zmoże, nawet atak nuklearny – kodeks prawdziwej damy; dla niezorientowanych podaję definicję: to coś w rodzaju gorsetu, w jaki trzeba się zasznurować po wyjściu z powijaków, żeby potem fiszbiny gładko wrosły w ciało i pokryły się atłasową skórą bez najmniejszego wyprysku (dama nie miewa wyprysków, a nawet jeśli – potrafi je tuszować z maestrią niedostępną zawodowym panienkom z kabaretu). I nie łudźmy się – z tego gorsetu nie da się wyzwolić, nawet przy pomocy laserowo ostrzonych noży z telezakupów Mango (a zresztą, po co?); jak mawiała madame Merle u Henry'ego Jamesa, kształt misji życiowej wrasta w psychikę jak nos w twarz i nawet chirurg może co najwyżej przeprowadzić korektę. Tak więc w pierwszym sezonie mamy prawdziwą damę: nawet jeśli zadrży jej głos (rozmowa z Bel) czy ręka (scena ze ścieraniem szminki), to wszystko to mieści się pakiecie defaultowych zachowań. Bo Marnie nie jest jakimś robotem (analogicznie jak Freddie nie jest nieempatycznym inteligentem), czasem bywa jej zwyczajnie i po ludzku przykro, jak deklarował towarzysz Miller, przy czym – w odróżnieniu do Millera – Marnie naprawdę łza w oku się kręci. Tym niemniej, to jest nadal tragedia w jednym, kompletnym stylu, z rękawiczkami dobranymi do bucików, talią na czterdzieści trzy centymetry i miłymi oświadczeniami wygłaszanymi miłym tonem o temperaturze miłego zera absolutnego. W ramach tegoż stylu można na osobności ciepnąć sufletem, ale nie filiżanką w restauracji i nie ma w tym nic z drobnomieszczańskiego „co ludzie powiedzą”, tylko prawdziwe dobre maniery prima sort  (cytując Agathę Christie: dama w życiu nie rzuciłaby się z okna hotelowego pokoju – bo nie można być tak niewychowanym w stosunku do hotelarza). Marnie jest damą z klasą, a wysoką jakość owej klasy – żadne cyrkonie czy kryształy górskie, ale najprawdziwsze karaty o szlifie brylantowym z Antwerpii – potwierdza scena, kiedy wywalają ją z programu za grzechy męża (który miał pech znaleźć się w złym miejscu i złym czasie, a w dodatku z połową obsady programu). Ale nic to – jak już pisałam, zbrojony beton kodeksu prawdziwej damy nie takie rzeczy wytrzyma. Rzecz nie w betonie i nawet nie w dekorze (wzorzyste tapety, to jest ten przewijający się lejtmotyw w związku Hectora i Marnie), ale w tym, że czasem trzeba wyjść z roli, żeby zostać człowiekiem. I Marnie wychodzi – w ostatniej scenie, kiedy po ludzku i zwyczajnie sobie ryczy. I dlatego, mimo nieślubnych ciąż (tak, wiem, teorie są różne, ale ja się trzymam pierwszego wrażenia w tej scenie), utrąconych karier, wyznań miłości czynionych osobom trzecim na boku i od czapy oraz, oczywiście, wzorzystych tapet – konstrukcja wydaje się stabilna, właśnie dlatego że w końcu gdzieniegdzie pęknie. Jak to mawiają inżynierowie – konstrukcja pracuje.


Od balneoterapii do rozdartej sosny – myśl przewodnia w życiu doktora Judyma (oraz jej brak)

Każdy dłuższy utwór musi mieć wytyczne. Założenia. Powtarzające się motywy, które, przewijając się tu i ówdzie, powodują, że nie widzimy plątaniny muliny, tylko serwetkę z wzorem w klematisy. Bóg raczy wiedzieć, jak powstają takie koncepty, wokół których krystalizuje się nie tyle fabuła (bo nie chodzi wszak o tematykę i prowadzenie wątków), ale raczej świat przedstawiony i charakterystyka postaci. Czasem wychodzą w praniu, czasem pojawiają się ot tak, chyłkiem pod tujami, czasem widoczne są dopiero post factum i nikt nie wie, skąd się wzięły. Tym nie mniej są – i w „The Hour” wyróżniłabym trzy, a każdy z nich ciekawy w założeniu, uroczy w wykonaniu i miły memu sercu.


Założenie pierwsze: i ty zostaniesz Oswaldem Mosleyem!
Cytat przewodni: „Dzięki szkole już niedługo wszyscy nauczą się czytać i rachować i niczego więcej nie będą chcieli, no, poza, być może, prawem głosu dla kobiet i cudzoziemców.” (Umberto Eco)

Otóż teraz będzie o czymś, na brak czego jestem bardzo wyczulona. Czego nieobecność trudno mi wybaczyć, bo zabiera połowę zabawy. Z czym spotykam się na co dzień, więc tym bardziej miło spotkać się w popkulturze. Panie, panowie, młodsi oficerowie i strażacy, jak zagajał kapitan Eustazy Borkowski: uprzedzenia! Tak jest, uprzedzenia to coś, co lepiej charakteryzuje film z epoki, niż najbardziej wysmakowane kostiumy i fasony pończoch. Bo jak każde pokolenie ma swój kod językowy, tak każde czasy – swój pakiet niezrozumienia, nietolerancji i niechęci. Ale, żeby nie był to li i jedynie ładny sztafażyk, ot, złota wstążeczka na kreacji od Elsy Schiaparelli, spełnione musi być kilka warunków:
- Po pierwsze, każdy jest uprzedzony. Od tej zasady nie ma wyjątków: można nie znosić wyższych sfer, cudzoziemców, kobiet, komunistów, ba, nawet cyklistów, ale kogoś trzeba. Przy czym ludzie dzielą się na: osoby, które wiedzą, że są uprzedzone (patrz: monolog Freddie’go do Hectora pt. „dlaczego cię nie lubię”); osoby, które nie wiedzą, że są uprzedzone (patrz: rozmowa Hectora ze Sternem, czyli jakim sposobem słowo solidnego obywatela z klasy wyższej może dla prawa znaczyć tyle samo co słowo girlaski z kabaretu?); osoby, które nie są uprzedzone, gdyż po prostu mają rację (patrz: Trevor w konfrontacji z wykładem Freddie’ego o imigrantach).
- Po drugie, bariery można przekraczać, ale to ich nie znosi. Innymi słowy, Freddie i Hector mogą sobie razem pijać winko, podkradać pytania i odstępować miejsce na antenie, co nie zmienia faktu, że żaden z nich nie poczuje się dobrze w domu drugiego.
- Po trzecie, uprzedzenia nie mają nic wspólnego z racjonalnym myśleniem (bądźmy szczerzy, nikt w „The Hour” nie jest na tyle zakłamany, by udawać, że w konfrontacji Trevror – dr Ola chodzi o przekonanie kogokolwiek do zmiany poglądów). Z sentymentami też (nostalgiczne czasy, gdy bycie „z tej samej ulicy” chroniło przed linczem, dawno minęły – a tak naprawdę nigdy ich nie było, patrz: dialog Freddie&Pike).
- Po czwarte, uprzedzenia są jak farsz i wychodzą pod ciśnieniem. Bo jaka była najbardziej przerażająca scena, przy której szkliwo samo pękało i żołądek podchodził pod zęby, jaka najbardziej wnerwiająca, a jaka najbardziej prosząca się o wkroczenie w kadr i łupnięcie bohaterów po łbach? Odpowiedzi są proste: numer „A” – swojscy faszyści z tego samego podwórka pokazują ząbki (rozmowa Pike&Freddie, w ramach aktualiów: proponuję wyjrzeć przez okno i pomachać sympatycznym faszystom z balkonu naprzeciwko, gwarantuję, że jacyś się znajdą); numer „B” – protega za płeć, czyli Bel odkrywa, czemu Clarence akurat ją awansował na producenta (i cóż to zmienia, że się mylił, nikt nie lubi robić za wioskowego głupka); numer „C” – wszyscy są równi, ale niektórzy są równiejsi, a w szczególności porządni obywatele w porównaniu z escort-girl (patrz: Hector dywaguje w ciupie).


Założenie drugie: nikt cię nie oszuka lepiej od ciebie
Cytat przewodni: „Jestem jak najbardziej za zaprzeczaniem. Możesz sobie wmówić dowolny scenariusz i być szczęśliwy jak fretka.” (Helen Fielding)

Prawda jest tylko jedna: politycy łżą, szpiedzy ściemniają, a telewizja kłamie. Ale naprawdę oszukać może tylko człowiek sam siebie. Nikt tak nie wpuści bohatera w maliny, nie zrobi na szaro, nie zmarnuje życia tanimi iluzjami – jak on sam. Bóg wie, z czego to się bierze, ale wszyscy mamy skłonność do życia wśród papierowych dekoracji i udawania, że bibułkowe kwiaty pięknie pachną. Podobnie jak z uprzedzeniami – nie ma co narzekać, tylko to zaakceptować. Gorzej, kiedy obraz się rozjeżdża, a my nie mamy okularów 3D, żeby złożyć swój wizerunek w jedną, jako-tako kompletną całość. W tej kategorii przyznałabym „The Hour” trzy wyróżnienia:
- Pierwsze pt. „szlachetne wątki w sosie codzienności” – dla komisarza Lawrence'a Sterna, bohatera wojennego, człowieka porządnego, człowieka odpowiedzialnego, człowieka, który nie wala się po łóżkach z girlaskami, ale, wręcz przeciwnie, kocha się w jednej z nich. No, cudo po prostu, zwłaszcza jak dodamy do tego mundur z kupą baretek i popisowe uratowanie życia przyjaciela z okopów. I wszystko pięknie, wszystko ładnie, wszystko gra jak Paderewski na flecie, łza się w oku kręci nad jakże medialnym ostatnio zespołem stresu pourazowego, motywem prostytutki przeflancowanej z brudnej przebieralni do przytulnej garsoniery i romansem rozwijającym się na płodnej glebie syndromu sztokholmskiego - tyle że... w sumie znaczy to tyle, co zeszłoroczny śnieg. I nie chodzi o to, że Stern prowadzi jakąś makiaweliczną grę, pozuje, pudruje i fałszywie się uśmiecha - on naprawdę jest porządnym człowiekiem, porządnie zakochanym w Kiki, a równocześnie ukochanej niemal rozwala łuk brwiowy, siedzi w kieszeni u lokalnego ojca chrzestnego i zamiata pod łóżko skandale zwierzchników. I jeden, i drugi Stern jest prawdziwy. I zauważmy, że o ile z punktu widzenia Hectora ten pierwszy "porządny Stern", towarzysz frontowy, a nawet bohater wojenny, współistnieje z "Sternem w Układzie" (ba, czasem się nawet nakładają - patrz wspominki o pobitej panience w czasie wojny), o tyle dla Kiki istnieje tylko facet, który płaci jej za seks i uprawia przemoc domową w garsonierze. I słusznie - to pokazuje, że w sytuacji niezdrowej nie ma miejsca na ludzkie odruchy i porywy serca, a jeśli musisz chodzić z kimś do łóżka za pieniądze, niewiele cię obchodzi motywacja drugiej strony, choćby i to była miłość wielka jak Mount Everest.
- Drugie pt. „ściema telewizyjna a ściema zwyczajna” – dla Kiki Delaine aka panna Patricii Delaine. Ta pierwsza jest w sumie mało sympatyczną escort-girl, która pudruje podbite oko i paraduje w futrze. Lubi ją Maria Rosa i właściwie nikt więcej, zresztą, nic dziwnego, skoro Kiki momentami wyraźnie rozkoszuje się swoją pozycją perły i diamentu czystej wody w kolekcji Cilentiego. Ta druga ma gładko zaczesane włosy, wielkie oczy i wygląda na maks szesnaście lat, gdy w pozie skrzywdzonej niewinności zasiada przez kamerą w "The Hour". Ale nie uprzedzajmy się, Kiki wielkiej sympatii nie budzi, ale coś z zaskoczonej nastolatki też się w niej tłucze - wystarczy popatrzeć na jej wyraz twarzy, gdy wkracza do studio "The Hour" i znajduje się poza znanym sobie światem, w miejscu gdzie dookoła biega tłum szaleńców z kostiumami, taśmami i sprzętem, i gdzie Kiki nie jest już brylantem wśród girlasek. I dodatkowo to urocze wyznanie, które czyni Kiki, gdy zostaje bohaterką skandalu: „Moja mama sądzi, że pracuję w Debenham’s”.
- Trzecie pt. „świat zabawy, gdy zabawa się skończy” – dla Ruthie Elms (patrz niżej)


Założenie trzecie: nic się nie stało, Polacy (i inne narody), nic się nie stało!
Cytat przewodni: „Cokolwiek zdarzy się w domu, kradzież czy morderstwo, nie ma to znaczenia. Śniadanie trzeba zjeść.” (Wilkie Collins)

W tym akapicie najpierw muszę złożyć twórcom „The Hour” głębokie wyrazy wdzięczności – dzięki nim odkryłam coś bardzo istotnego o swoich upodobaniach. Dotąd bowiem trwałam w przekonaniu, że najbardziej lubię książki i filmy, w których bohaterowie przeżywają tragedie, ale mimo to żyją dalej. Teraz zrozumiałam, że jest inaczej: tym, co naprawdę kocham, są historie o ludziach, którzy nie przeżywają nieszczęść - co najwyżej nieprzyjemne wydarzenia, nie łamią sobie serc – co najwyżej kończyny i żuchwy, nie trwają na posterunku z uśmiechem „pomimo” – ale wzdychają i idą dalej. Bo, bądź co bądź, ile razy można być bohaterem dramatu? Gdyby każde niefortunne zakochanie i romans, każdy przypadek źle ulokowanego zaufania i zdrady, każda zawiedziona nadzieja i porażka - były tragedią, obywatele całego świata z chwilą osiągnięcia pełnoletności otrzymywaliby nie dowód tożsamości, ale sznurek z pętlą i adres najbliższej wolnej gałęzi. I dlatego w „The Hour” straszliwie podoba mi się, że większość bohaterów nie przechodzi dramatów, tylko zalicza mniejsze i gorsze niepowodzenia na arenie życia. W szczególności na wyróżnienie zasługuje:
- romans Bel i Hectora, w którym nikt nie wyrywa sobie włosów z głowy, mimo że Bel zbiera cięgi od Clarence’a (program, program przede wszystkim!), Freddie dowiaduje się o sprawie w czysto wodewilowym stylu (i idzie dalej prowadzić swoje prywatne śledztwo), Marnie zmienia tapety z wzorzystych na minimalistyczne (i trzyma głowę wysoko, nawet w scenie konfrontacji), a Hector wykazuje spostrzegawczość, by na końcu czynić wyznania do czapy (nawet nie Breżniewa -  to jest, proszę państwa, czapa totalna par excellence! Tak głupiego wyznania miłości, jak to poczynione Bel przez Hectora w sezonie pierwszym, dawno moje oczy nie widziały).
- wątek szpiegów i służb specjalnych, w którym niemal wszyscy podejrzewają, że coś jest nie tak z Kishem (choć nikt się tym szczególnie nie przejmuje, dopóki trup nie zaczyna walać się po redakcji), pracownicy otwartym tekstem plotkują o kretach, podsłuchach i tajniakach, prywatne śledztwo Freddie’ego budzi mniejsze zainteresowanie, niż fakt, że nosi płaszcz po agencie-nieboszczyku, a bunt wywołuje nie tyle cenzura, ile jej nadmiar (jak widać, czasem różnica między demokracją a totalitaryzmem bywa wyłącznie ilościowa: oni mieli „The Hour”, my - półgodzinną audycję publicystyczną Minuta prawdy”).
- odejście Freddie’ego (którego brak wyraźnie wpływa na Bel, choć jedynym nierozwiązywalnym problemem wynikającym z jego nieobecności jest spadek jakości programu) i come back Freddie’ego (który gryzie Hectora na gruncie profesjonalnym, ale ostatecznie zostaje zaklasyfikowane jako wydarzenie z kategorii „da się przeżyć” – choć ewidentnie minęły czasy podrzucania książek, picia winka, monologów o uprzedzeniach i kurtuazyjnego ustępowania miejsca przed kamerą)

Oczywiście, to nie jest tak, że w świecie „The Hour” nie ma tragedii. Jak to w życiu, czasem jednak dramat się zdarzy. Kiedy? A no wtedy, gdy wyobrażenie bohatera o sobie tak bardzo rozjedzie się z rzeczywistością, że żadne samozaprzeczanie i wyparcie nie pomogą (patrz: Lawrence Stern). Gdy okaże się, że cały wysiłek i praca życia były oparte na fałszywych podstawach i zostaje się z kupą bezwartościowego śmiecia (patrz: Raphael Cilenti). Gdy po prostu nie ma dokąd pójść (patrz: Ruthie Elms). A czasem… czasem po prostu tak bywa (w ramach załącznika pytanie: dlaczego to Randall chce, żeby Lix wyszła z pokoju, a nie na odwrót? Nie ma zdroworozsądkowego wytłumaczenia – tak jest i tyle).


Rozalka, Pinokio i Anaruk – podobieństwa i różnice, czyli o kreacji świata i okolic

Cytat przewodni: „Był to ustrój głęboko demokratyczny, wykluczający jakikolwiek przymus obywateli (…), wszyscy byli bogaci i wolni od trosk, a nawet najdrobniejszy rolnik miał co najmniej trzech niewolników.” (Arkadij i Borys Strugaccy)

Zagadnienie pierwsze: czasem musi być ładnie
Pisałam już o efekcie Mruczka, o tym maniakalnym niemal wysmakowywaniu kadrów, o epatowaniu historycznością świata przedstawionego, gdzie w okupowanym Paryżu eksponują pończochy ze szwem, plując do czarnorynkowej lury; gdzie w wiktoriańskim Londynie żebracy rozkładają się żywcem na przegniłych szmatach; gdzie na amerykańskim Południu muchy brzęczą nad zwałami bawełny… Innymi słowy, co za dużo, to i świnia nie je. Kadry to ja chodzę oglądać na obrazach szkoły flamandzkiej, na ekranie wolałabym coś bardziej dynamicznego, niż li i jedynie epatowanie fakturą płaszcza oraz dźwiękiem kieliszków trzaskających w wymanikiurowanych dłoniach. Tym niemniej, bywają sytuacje, gdzie przeestetyzowanie jest świadome i konieczne, bo mówi o bohaterach coś, czego nie powiedzą oni sami. Co? Ano na przykład coś o Ruthie Elms w dwóch odsłonach. W ujęciu pierwszym: zwiewna blondyneczka walcuje w kiecy z ogonem, dookoła szampan, świeczniki i blask wypolerowanego parkietu, i tylko krew spływa sobie powoli z noska na podbródek, ciap, ciap, niemal plamiąc zwoje jedwabiu (a telefon wciąż dzwoni – przewidywalnie, bo to chyba najczęściej eksponowany przedmiot w serialu, ale słusznie, niech młodzież się uczy, że kiedyś telefon miał tarczę i kabel). W ujęciu drugim: patykowate dziewczę z włosami ni to przylizanymi, ni to utapirowanymi, w płaszczu w panterkę (bezguście, ale jakoś trzeba się buntować przeciwko rodzicom, nie?) siedzi na ławeczce i mówi od rzeczy. I do razu wiadomo, która Ruthie Elms zostanie powieszona w łazience (bo ta pierwsza zasługiwałaby na o wiele bardziej malowniczą śmierć, ale malownicza śmierć to oksymoron, więc nie występuje w „The Hour”).

Zagadnienie drugie: czasem musi być głupio
Ponieważ, jak już pisałam na początku, immanentną cecha każdego prawdziwie ludzkiego bohatera musi być głupota. Kto nie zachowa się idiotycznie, nie wyjdzie na półgłówa, nie zrobi z siebie pajaca, nie jest godzien miana człowieka. A głupoty więcej niż odcieni tęczy, tylko brać i wybierać. Tym niemniej, moje prywatne wyróżnienia to:
- w kategorii „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” – dla Cilentiego i jego przekonania, że przy pomocy szantażu wejdzie do kliki ludzi władzy (tak to jest, jak idzie się w efekciarstwo, zamiast cierpliwie pracować u podstaw metodą zbierania przysług a la Vito Corleone)
- w kategorii „lepiej późno niż wcale” – dla Freddie’ego, który ze zdumieniem odkrywa, że Kish był nie tylko agentem i mordercą, ale i zwyczajnym facetem z rodziną
- w kategorii „naturalność górą” – dla Bel (cudnie głupawo rozanielony wyraz twarzy w finalnej scenie z Freddie’em) i dla Marnie (cudnie bezpretensjonalny ryk w finalnej scenie z Hectorem)

Zagadnienie trzecie: czasem musi być historycznie
Gdzie bowiem przebiega granica? Odpowiedź brzmi prosto: granica przebiega między Hectorem a Bel i Freddie’em. A co czyni granicę? – to jeszcze łatwiejsze: granicę czyni wojna. Jasne, nic odkrywczego, ograny i przewidywalny to motyw, oklepany jak syrenka szwagra po czołówce, ale – chcemy czy nie chcemy – pewne doświadczenia są naprawdę nieprzekładalne. W skali makro: uratowanie komuś życia (i bycia uratowanym). W skali mikro: proszę kamerować na rozbity łeb na demonstracji, reakcję  na plany III Wojny Światowej i wspominki o Emmeline. Gawędy o medalach można sobie odpuścić, bo to zaledwie ładne opakowanie i nie to się liczy.

Zagadnienie czwarte: ale czasem po prostu się nie składa
Tak jest, mimo wszystkich zachwytów, olśnień, achów i ochów – niektóre rzeczy nie wychodzą. I nie to, że mało prawdopodobne; bądź co bądź, w życiu zdarzają się rzeczy mało prawdopodobne, więc czemu nie w serialu? Nawet agenci mogą wyglądać jak klasyczni szpiedzy z farsy, z prochowcem, podejrzaną gębą i kapeluszem nasuniętym na czoło - skoro Putin, to dlaczego nie Kish? Ale dwa elementy według mnie, niestety, nie zagrały jak należy:
- w sezonie pierwszym: nagła wolta Kisha, który najpierw robi wykład o różnicy między amatorem a profesjonalistą, żeby chwilę potem dać się rozłożyć na szmaty Freddie’emu, a Freddie naprawdę nijak nie wygląda na atletę czy mistrza sztuk walki
- w sezonie drugim: postać Camille. Otóż tu mamy doczynienia z sytuacją pewnego zmarnowanego potencjału, zmarnowanego z punktu widzenia bohaterki, natomiast idealnie wykorzystanego dla zbudowania charakteru nowego Freddie'ego. Bo Freddie wracający zza mórz i oceanów, to trochę inny człowiek, niż ten z pierwszego sezonu. Przede wszystkim, to człowiek, który w końcu zrozumiał, co znaczy słowo image i dlaczego należy świadomie go kreować; o ile przedtem wiele rzeczy Freddie'emu po prostu zwisało, o tyle teraz zaczyna mu zależeć. I Camille do tego pasuje - nowa fryzura, nowa koszula, nowa chęć zabłyśnięcia i nowa żona. Szkoda tylko, że Camille jest czymś niewiele więcej, niż przedłużeniem gustów odzieżowych męża. Owszem, próbowano nadać jej jakiś charakter: a to anglofobowymi westchnieniami, a to włączaniem się w pracę zespołu "The Hour", a to aktywizmem antynukleranym - ale wychodzi z tego ni pies, ni wydra, dziewczyna, której znakiem charakterystycznym pozostaje ciągłe chodzenie bez spodni. To już lepiej pozostańmy przy przedłużeniu krawata.


Czego symbolem jest placówka Ślimaka i dlaczego polskiej myśli technicznej

Cytat przewodni: „Przypomina mi się jedna z tych powieści, które spędzają sen z powiek. W pierwszym rozdziale bohaterka zawsze mówi: „Nie mogę niczego wytłumaczyć”. Oczywiście tłumaczy wszystko na końcu i trudno dopatrzyć się wiarygodnej przyczyny, dlaczego nie zrobiła tego na początku, poza tym, rzecz jasna - że zepsułoby to całą historię.” (Agatha Christie)

Tak więc, dobrnęliśmy do końca, a jeśli ktoś wytrzymał tak długo z moimi dywagacjami o wyzwoleniu, image’u, faszystach i tapetach, to mogę być tylko wdzięczna. I gdybym umiała powiedzieć, o czym jest „The Hour” w jednym zdaniu, to pewnie bym to zrobiła, ale sztuka zwięzłości zawsze była mi obca, zwłaszcza, że proces edukacji często faworyzował raczej zdolność do lania wody. Tym niemniej, próbując się streszczać, zgodziłabym się ze stwierdzeniem, że „The Hour” to serial o ludziach, którzy coś robią w pewnym konkretnym czasie i miejscu, a symbolem weryzmu jest fakt, że bohaterka ma tylko trzy wieczorowe kiece, a szpiedzy wyglądają na szpiegów. Przynajmniej niektórzy.




Tags: seriale
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic
    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 17 comments
Previous
← Ctrl ← Alt
Next
Ctrl → Alt →
Previous
← Ctrl ← Alt
Next
Ctrl → Alt →