ann_wlkp (ann_wlkp) wrote,
ann_wlkp
ann_wlkp

    Dziękuje jeszcze raz, także na Ridge'a i inne inspirujace elementy.



RADA III - Jak czytać monotematycznie?
aka
METODA NA STUDNIĘ GŁĘBINOWĄ,
CZYLI DRĄŻYMY I ROZPOŚCIERAMY MACKI

     
(i proszę mi nie mówić, że nie mamy macek. Macki są urocze i powinniśmy je mieć, choćby jako wyraz sympatii dla ośmiornic.)

      
    Właściwie to jest połączenie czytania „na tort” i czytania „na łańcuch”. Bierzemy sobie bowiem książkę, która nas zainteresowała, i uzupełniamy wszystko, co jest z nią związane – zdanie niby proste i logiczne, ale tak naprawdę niejasne i nielogiczne (zupełnie jak w moich ulubionych zadaniach testowych: podaj, która część twierdzenia jest prawdziwa, która fałszywa i czy zachodzi między nimi związek. Po dziesiątym pytaniu w tym typie jestem w stanie przysiąc, że dwa plus dwa równa się pięć i wynika z tego cała geometria euklidesowa). No więc, zasadnicze pytanie brzmi, co mam na myśli, mówiąc „zainteresowała”? Czy tak zwyczajnie, po ludzku, zaciekawiła? Czy, wręcz przeciwnie, wkurzyła na tyle, że roznosi mnie chęć zapukania do drzwi autora i przedyskutowania z nim tego i owego? A może lepiej od razu autorowi nastukać? A może nie, może autor – autorem, a to jest książka, z którą się zżyłam, która czytam regularnie, jak w zegarku, kiedy przygniata mnie zniechęcenie/jestem bardzo w zgodzie ze światem/czekam u progu czegoś nowego/itd. A może to książka, której nie czytałam od dziesięciu z górą lat i raczej nie wrócę przez kolejną dekadę, ale która jest dla mnie ważna i nadal o niej pamiętam? O, to jest chyba najbliższe prawdy – książka, o której się w jakiś sposób pamięta, i która stanowi punkt odniesienia.
     Pytanie numer dwa brzmi – co to znaczy „związane”. Sznurkiem, kajdankami czy splątane jak dwa elektrony. I to, analogicznie jak przy klejeniu łańcucha ze skojarzeń – odpowiedź brzmi: jak ci się podoba. „Związane” mogą być:

  1. Biografie i autobiografie

    Im bardziej powieść autobiograficzna, tym przyjemniej wyżerać rodzynki i cieszyć się głupio, że „wiem, wiem, czemu tu są tapety w fiołki, czemu Dorothy uczy w szkole, czemu sweterek jest niebieski, a bohaterka płynie łódką!”. Autor pewnie przewraca się w grobie, że jego misterne struktury narracyjne zostają sprowadzone do serii odnośników do prywatnego życia. Ale to jeszcze nic – jako czytelnik drążący głębinowo mam w zanadrzu kolejne horrendum: uwielbiam tropić tego, czego w książce nie ma (gdzie Nancy na Korfu, drogi Geraldzie Durrellu? Gdzie Thomas, kochana Karen Blixen?). Albo to, czego nie ma tam, gdzie być powinno – tu znakomitym materiałem są autobiografie i biografie pisane za życia i przez fanów, a w związku z tym – tak na klęczkach („Niedokończony portret” wydany pod pseudo Mary Westmacott jest w pewnych fragmentach o wiele bardziej autobiograficzny, niż „Autobiografia” Christie, z kolei „Strawa olbrzyma” zawiera obszerny fragment wysoce autobiograficzny i cudny w czytaniu, ale ogólnie średnio pasujący do reszty fabuły). Z drugiej strony, nie chodzi o jakieś tanie bezczeszczenie i wyciąganie za włosy faktów z biografii, o wytykanie palcem, że „o mój Boże, zgroza, kłamią jak ostatnie sukinsyny”; chodzi wyłącznie o tę cudowną radość, że wiemy o ukochanej książce coś więcej. I to, że w rzeczywistości było inaczej – nie skundlony sklepik z broszurami dla ludu, ale prawdziwa księgarnia; nie obleśny typ handlarza, ale sympatyczny człowiek z zainteresowaniami – nie zmienia naszej akceptacji dla świata powieści.
     
Bo nawet jeśli:

„…moja siostra nie umiała jeździć konno ani strzelać z łuku i nigdy nie mówiła prawdy”
(Thomas Dinesen o Karen Blixen, za „Karen Blixen” Judith Thurman),
   
to jednak z drugiej strony:
„…śmiała się z uznaniem, kiedy widziała, jak w suchy letni wieczór wpisywałem pasującą akurat deszczową pogodę”
(Anders Bodelsen „Otwarte drzwi”)



  1. Fan-fikcje wszelakie


  • sequele, prequele i paraquele – przy czym najwięcej jest tych pierwszych, a najbardziej lubię te trzecie – bo to idealne wykorzystanie chwytu „to samo, ale pod innym kątem”. Ale wstrzelić się trudno. I nie chodzi, że jak pisarz się nie wstrzeli w pierwowzór, to nie da się czytać. Po prostu, czasem umyka mi związek z pierwowzorem i równie dobrze cała rzecz mogłaby nie być sequelem czy prequelem, a oddzielną książką (choćby „Szerokie Morze Sargassowe” Jean Rhys-Davies).


  • szczególną odmianę sequela stanowi dokończenie tego, czego pisarz nie dokończył – jak choćby wspomnianej wyżej „Tajemnicy Edwina Drooda” Charlesa Dickensa, która jest chyba jedyną powieścią Dickensa, w jakiej jestem dość porządnie oblatana (przeczytałam z przyjemnością „Klub Pickwicka”, przy „Wielkich nadziejach” zaczęłam się krzywić, przy „Naszym wspólnym przyjacielu” zniechęciłam się na dobre – na tyle mocno, że już nigdy nie wróciłam do Dickensa, choć od tego czasu upłynęło kilkanaście lat. Na marginesie: do dziś gratuluję sobie wyczucia. Obskoczyłam akurat te powieści, które są najważniejsze do czytania „Drooda” Dana Simmonsa i „Wieków światła” Iana McLeoda. Widać ręka Opatrzności czuwała! Z „Kwinkuksem” Charlesa Pallisera trochę gorzej, wypadałoby nadrobić te Olivery Twisty i inne Davidy Copperfieldy, ale od czego inne książki, których bohaterowie nie zasypiali gruszek w popiele i czytali za mnie zadane lektury. Dzięki nim, nie znając ani słowa z oryginału, wiem, kto w ramach zalotów przerzucał dynie przez płot i kogo zamordował Bill Sykes; mogę nawet machnąć kilka zdań o konstrukcji powieści u Dickensa, kompilując wypowiedź całkowicie fikcyjnej Jane Palfrey z felietonem całkowicie realnego George’a Orwella. Może niedługo osiągnę poziom bohaterki Jacka Dehnela, która szkoliła się w mówieniu „na zadany temat”, nie mając o owym temacie zielonego pojęcia).


  • retellingi, rekonstrukcje, dekonstrukcje i obracania kota ogonem – czyli jak opowiedzieć historie „w stylu pisarza”, ale bez jego stylu. Tu już autor nie trzyma się ścisłe fabuły danej książki, częściej widać coś, co stanowi sugestię czy odniesienie do danej postaci, skrętu fabuły czy problemu. I jest tylko jedna zasada: autor powinien do pierwowzoru odnosić się z sympatią, acz bez bałwochwalstwa. To taki ukłon dla pierwowzoru, ale ukłon bez padania na kolana, a z drugiej strony – bez kopania po kostkach. Forma – dowolna: od opowiadania „(„Studium w szmaragdzie” Neila Gaimana, „Oko potwora” Jacka Dukaja), przez powieść („Krawiec z Panamy” Johna LeCarre’a), do ponad tysiącstronicowego monstrum („Kwinkunks” Charlesa Pallisera); może być nawet nonfiction, bo dlaczego by nie? (patrz: „Tudorowie” Meyera w opozycji do Antonii Fraser czy Erica Ivesa). A czasem… czasem, zdarza się też na odwrót: od rekonstrukcji – do pierwowzoru. Nie tak dawno temu zafundowałam sobie powtórkę z Lovecrafta, jako wstęp do „Klucza do otchłani” Jose Carlosa Somozy (na marginesie: a potem trochę żałowałam. O ile ciekawiej było pamiętać Lovecrafta z czasów, gdy czytywałam go w wielkim łożu, samotna w środku nocy, tylko ze skrzypiącymi drzwiami strychu na wyciągnięcie ręki i elementami układu kostnego wiszącymi na ścianie… Wtedy niestraszne mi były nawet pięciosylabowe przymiotniki).




  1. Fanfikcje biograficzne i nonfikcje niebiograficzne


  • Do tych pierwszych zaliczam wszystkie książki oparte na biografii pisarza – i przyznam: tu rozeznanie mam niewielkie. Pewnie dlatego, że nie przepadam za sensacyjnością fabuły, za wymyślaniem cudownych wydarzeń, nieprzewidzianych zwrotów i wielkich tajemnic. Pod tym względem uważam, że autentyczne biografie są zabawniejsze, bardziej odkrywcze i irytujące (na cóż mi demaskowanie Lewisa Carrolla jako szaleńca? O wiele bardziej intryguje mnie myśl, że Carroll chciał ocenzurować już ocenzurowanego Szekspira – a trzeba przyznać, że na tym polu późni Wiktorianie mieli się czym pochwalić). Ale z drugiej strony, dlaczego nie polubić dobrej fanfikcji biograficznej, jeśli nie wyciąga królików z kapelusza (jak „Autor, autor” Davida Lodge’a – któremu dodatkowo jestem wdzięczna, w ramach czytania linkowanego, za wyjaśnienia, co to jest kapelusz trilby, jaki nosi bohaterka jednego z romansów)? Albo w bardzo niewielkim stopniu eksploatuje biografię autora, łącząc ją za to z ładnym ukłonem pod adresem twórczości (jak „Amerykański chłopiec” Andrew Taylora)?


  • Do tych drugich żywię niegasnący sentyment; do tego stopnia, że często przysłaniają mi oryginalny punkt wyjścia. Nie masz bowiem nic lepszego nad porządną non-fikcję: napisaną potoczyście, ale bez wybuchów; z licznymi obocznymi historyjkami, ale bez tracenia z oczu głównej linii; z prezentowaniem własnego zdania, ale bez przysłaniania owym zdaniem braków w zasobach wiadomości. W celu zweryfikowania nonfikcji zazwyczaj sięgam po zestawienie przypisów – jeśli jest, jest długie, a do tego zawiera komentarze, wtręty i uzupełnienia, to kupuję książkę w ciemno. Nigdy jeszcze nie zawiodła mnie ta metoda, oczywiście, zakładając, że byłam zainteresowana zagadnieniem (kiedyś tylko przeżyłam mały wstrząs, gdy okazało się, że cudowne, rozbudowane i urocze przypisy są autorstwa tłumacza, a dokładniej Bartłomieja Zborskiego, któremu czapy z łbów za dogłębne przegryzienie tematu). I, jak już pisałam powyżej, często-gęsto nonfikcja zamiast być punktem odniesienia, staje się ośrodkiem – jak choćby „Wielka Gra” Petera Hopkirka kupiona jako pendant do „Naszej gry” Johna LeCarre’a albo „Duch króla Leopolda” Adama Hochschilda, do którego przywędrowałam w ramach eksploracji mackowej wokół „Marzenia Celta” Maria Vargasa Llosy (na marginesie: po przeczytaniu „Ducha” pogrążyłam się w ponurej zadumie, dlaczego nikt nie sfabularyzował biografii Edmunda Dene Morela, zamiast Rogera Casementa?).




RADA IV - Jak czytać bez zrozumienia?
- METODA NA RÓŻNE TAKIE ELEMELKI

  1. Czytanie na „w koło Wojtek”

    Są bowiem takie samograje, które czytam zawsze, w pewnych konkretnych sytuacjach. Najczęściej nie mają one najmniejszego związku z ową sytuacją, do tego znam je niemal na pamięć i sama nie wiem, jakim sposobem je sparowałam. Dlaczego przed egzaminem czeka mnie zawsze powtórka „Mansfield Park” Jane Austen? Dlaczego zimową nocą, gdy pada śnieg, musi się odbyć choćby jedna lektura „Moja siostra, moja miłość” Joyce Oates? Dlaczego, kiedy jestem szczęśliwa i w pełnej zgodzie ze światem, sięgam po „Trafiła kosa” Grahama Greene’a? Takie jakieś uwarunkowania a la pies Pawłowa.


  1. Czytanie synchroniczne

     Wymaga bliskiej znajomości z osobą, która lubi czytać. I, nie, nie musicie lubić tego samego, wystarczy, że wasze kręgi zainteresowań przecinają się w jakimś punkcie. Jest piosenka, która idealnie oddaje ideę czytania synchronicznego. Znajomi mówią, że powinnam puknąć się w głowę, bo to smutna piosenka, o niezrozumieniu, dystansie i innych takich. Ja im na to, że może i tak, może i melancholijna, może i depresyjna, ale dla mnie raczej nie. No, niech ktoś mi zabroni wysłuchiwać jej jako utworu o czytaniu synchronicznym, a nie o przepaści międzyludzkiej (zresztą, przepaść międzyludzka nie jest zła. Pozwala na zachowanie tożsamości, a cóż z tego, że „You're a stranger now unto me”. W gruncie rzeczy wszyscyśmy po jednych pieniądzach, równie obcy dla siebie nawzajem, nie ma co rozdzierać szat). Ale, wracając do meritum, oto cytat, który pięknie wydobywa to, co jest najważniejsze w idei czytania synchronicznego:

“And you read your Emily Dickinson,
And I my Robert Frost,
And we note our place with bookmarkers
That measure what we've lost.”

     Racjonalnie rzecz biorąc, powinnam nie lubić bohaterów „The Dangling Conversation”: oto dwoje wykształciuchów wyleguje się w komfortowych warunkach i prowadzi rozmowy na wysublimowane tematy (czytelnicy z wykształceniem po linii niech mi wybaczą, ale w otoczeniu intelektualistów po studiach humanistycznych i do tego prowadzących skomplikowane humanistyczne dyskusje, czuję się trochę jak Randy w „Cryptonomiconie” Neala Stephensona). A jednak lubię – jakoś tak mi się wydaje, że to są ujmujący ludzie, z dystansem i poczuciem humoru (konia z rzędem, kto mi wyjaśni, skąd to się bierze. W tekście nic o poczuciu humoru nie ma), a jeśli już czytają poważne lektury z poważnym podejściem, i nawet jeśli jest to „Przystając pod lasem” Robert Frosta i „Dusza dobiera sobie…” Emily Dickinson, to wcale nie jest smutne, ani odrobinę. Za to na pewno w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.



ZAKOŃCZENIE: być czytelnikiem – to brzmi dumnie!

     Mogłabym machnąć jakieś celne podsumowanie, jakieś urywki z książek o czytaniu albo najlepiej o czytaniu o czytaniu. Sęk w tym, że dziesiątki ludzi zrobiło to przede mną: lepiej, składniej i zgrabniej. Jako prosty człowiek i klasyczny samouk, bez instrumentarium, tytułów i aparatu pojęciowego, pozwolę sobie na jeden cytat, który idealnie charakteryzuje ”czytelnika jako takiego”:

„Grin zmarszczył brwi, przypomniawszy sobie, że zapas bomb został w mieszkaniu adwokata, a samymi rewolwerami wiele się nie zdziała. Dysponują tylko resztką żelatyny eksplodującej i zapalnikami, ale nie mają ani korpusów, ani odłamków.
- Jemiela! - zawołał. - Ubieraj się, jest robota.
Ten oderwał maleńkie oczka od Hrabiego Monte Christo, jedynej książki, jaka znajdowała się w domu.
- Poczekaj, Grinycz, dobra? Tutaj takie rzeczy się dzieją! Dokończę rozdział.”
(„Radca stanu”, Borys Akunin)

     Bo o to właśnie chodzi – żeby dokończyć rozdział.

   
       
Tags: czytanie
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic
    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 0 comments