ann_wlkp (ann_wlkp) wrote,
ann_wlkp
ann_wlkp

No to lecim dalej, tym z razem z życzeniami udanych grzybobrań i dojenia lam.
     

RADA II - Jak czytać po łebkach?
aka
METODA NA ŁAŃCUCH OD CHOINKI,
CZYLI OD LINKU DO LINKU

          Jak donoszą rozmaici eksperci, kolorowe czasopisma i telewizje śniadaniowe, rośnie nam młode pokolenie, które myśli inaczej. A nawet Inaczej. Brzmi to groźnie, niemal jak z jakiejś „Wioski przeklętych” czy innych „Dzieci kukurydzy”; strach wyjść do sklepu, bo a nuż zaatakują nas owi Inni z iPadem z pasem i bezjbolem w zębach. Uspokajam: z każdego pokolenia wyrasta to samo – „pokolenie poprzednie w lepszych ciuchach” (patrz: Jacek Dukaj, „Linia oporu”; na marginesie polecam, polecam! Pierwsza wizja futurystyczna, w jaką naprawdę udało mi się uwierzyć). Tym niemniej owi Młodzi Inni wyróżniają się ponoć tym, że ich mózgi są mniej zlateralizowane (albo bardziej; nie pamiętam dokładnie, było w jakimś „Newsweeku” albo dodatku do „Wyborczej”) – stąd wielozadaniowość,  symultaniczność, a równocześnie niechęć do skupiania się na jednym zadaniu, pełna gotowość, by podążyć za każdym ciekawym linkiem, jaki wyświetli się na marginesie wybranego artykułu. No cóż, skoro tak przedstawia się sytuacja, to ani chybi jestem uśpionym agentem owych Innych, wprawdzie trochę cofniętym w czasie, ale czasem się coś omsknie i powstają takie chronoklazmy. Bo właśnie w taki sposób czytuję książki – równolegle, symultanicznie, może nawet w chmurze.
          Jak pisałam powyżej, często wracam do książek już przeczytanych. Ale powinnam zrobić w tym miejscu odnośnik – bo, owszem, wracam często, ale rzadko czytuję je w całości. Tu zerknę na dialog, tu na scenę przebierania kiecki, tam zachwycę się opisem miasteczka, tam przeskoczę do sceny mordobicia, w międzyczasie moją uwagę przyciągnie dotąd niedoceniany fragment przesłuchania, a potem – klimatyczny obrazek z płomykami świec. I tak to idzie: jedna lektura prowadzi do drugiej, a ta do trzeciej, a potem do czwartej; ciągi skojarzeniowe wiją się niczym łańcuchy na choinkę, klejone w czasach wiecznego niedoboru, z serwetek, ścinków i resztek papieru do pakowania. A skoro już jesteśmy przy metaforze łańcucha…



ZASADA PIERWSZA, JEDYNA i OSTATECZNA: nie kleimy rzeczy oczywistych, kleimy, jak nam w duszy gra

        Bo w mojej metaforze chodzi o łańcuchy z lat osiemdziesiątych, a w latach osiemdziesiątych człowiek podkradał serwetki z kawiarni i potem robił sobie z tego wianek królewny Śnieżki. Nie sztuka kupić pół kilo papieru z połyskiem, we wszystkich kolorach tęczy i jeszcze najlepiej samoprzylepnego. Sztuka w tym, żeby skompletować rzeczy pozornie przypadkowe, które leżą blisko siebie tylko w naszej prywatnej mitologii. A może lepiej geografii? Tak, może geografia brzmi lepiej, bo to są wszak takie archipelagi nieistniejące, w ramach których Wolin sąsiaduje z Nową Zelandią, a Islandia zahacza o Mauritus. Mówiąc językiem symbolicznej imaginacji, to są te ogrody, które istnieją tylko za zasłoną naszych powiek, a w których to ogrodach ciągle i nieustająco trwa opowieść o innym mieście (wybaczcie, jestem po lekturze „Niewidzialnych miast” Italo Calvino, niemal ćwierć wieku czekałam, żeby to przeczytać i teraz popadłam w ekstazę).
          Innymi słowy, nie robię sobie żadnych maratonów czytelniczych, nie czytam z założeniem: a teraz czas na „Ulubione pary małżeńskie”, potem „Służba zdrowia u Agathy Christie” i „Bohaterka wybiera kieckę”, a za tydzień - „Portret jamnika w literaturze”. To są wszystko świetne tematy na notki blogowe, ale nie na rozpiski do spontanicznego czytania. Zresztą, rozpisek też nigdy nie czynię, to nie manewry na poligonie, żebym musiała planować marszrutę. Przechodzenie od lektury do lektury jest bezładne, niezaplanowane i chaotyczne, choć logiczne. Tyle że jest logika pojmowalna tylko i wyłącznie indywidualnie. Nie ma nic indywidualnego w sparowaniu „Miłości zimniejszej od śmierci” Anny Małyszewej z „Droodem” Dana Simmonsa – wszak jedno i drugie to wariacje na temat niedokończonej „Tajemnicy Edwina Drooda” Charlesa Dickensa, byle blurb podrzuci takie połączenie. Za to bez ładu i składu, a równocześnie bez trudu i od jednego przysiadu przeskakuję… Zresztą, co ja się będę promować jak Ibisz w „Czarze-par” (pamięta ktoś jeszcze? Jeden z pierwszych szołów dla amatorów, zakończony procesem sądowym między zwycięskimi parami?). Oto garść przykładów, jak połączyć dwa końce nitki, nawet jeśli jedna to seledynowy moher, a druga – kordonek w lilowym odcieniu.


  1. Metoda na wewnętrzne podobieństwo – gdy to, co się dzieje w jednej książce, przypomina nam o drugiej. Sposób chyba najczęściej stosowany, stanowiący co najmniej pięćdziesiąt procent linków, prowadzących od lektury do lektury. Naprzykładowując, podobieństwo może łączyć:


  • kreacje bohaterów (buractwo i ziemniactwo – podobieństwa i różnice, czyli charakterystyka porównawcza Alana Turnera u LeCarre’a i inspektora Dalziela w cyklu Reginalda Hilla)

  • kreacje świata przedstawionego (obraz rozpadu i upadku, czyli gipsowe stiuki w Hundreds Sarah Waters a rozpadające się witraże w Awilionie Margaret Atwood)

  • kreacja tematu przewodniego (rodzina w ataku, czyli Durrellowie u Geralda Durrella kontra Carstairsowie u Craig Rice)


Warto zauważyć, że to najbardziej racjonalny sposób klejenia. Książki, które łącza podobieństwa tak ważnych elementów jak bohaterowie, świat przedstawiony czy temat przewodni, zazwyczaj wiąże o wiele więcej, niż ten jeden element. Hilli i LeCarre to kryminał/sensacja z zacięciem społecznym i szczególnym akcentem na uprzedzenia. Atwood i Waters to opis, jak nowe niszczy stare, choć równocześnie straszliwie próbuje je zastąpić w czysto dosłownym sensie (rozumiecie, nie „zająć czyjeś miejsce”, ale „stać się czymś, co zajmowało to miejsce”). Durrell i Rice aż stoją elementami autobiograficzno-anegdotycznymi i miłym przymknięciem oczu na rzeczywistość. Innymi słowy, linkowanie po podobieństwie wewnętrznym to najbardziej zrozumiała technika, łatwa do wytłumaczenia osobom trzecim. Bądź co bądź, większość analogii łapie każdy z nas, tylko dla niektórych jedne analogie są ważniejsze niż inne.



  1. Metoda na zewnętrzne podobieństwo – gdy to, jak się dzieje w jednej książce, przypomina nam, jak się działo w drugiej. I tak podobieństwo może łączyć:


  • sposób, w jaki opowiadana jest historia (jak nakłamać sobie i czytelnikom, czyli narrator uczciwy, acz nieobiektywny w wykonaniu doktora Farradaya u Sarah Waters i Wilkiego Collinsa u Dana Simmonsa)

  • zakręty fabuły, z jakich składa się historia (jak zepchnąć do rzeki osobę, której wcale zepchnąć się nie chciało, czyli Iris&Laura u Margaret Atwood a Hannah&Emmeline w „Domu w Riverton”)

  • styl, w którym opowiadana jest historia (jak komponować melancholijne prawdy życiowe ze zwyczajnością dnia powszedniego, czyli wtręty i wykręty w „Małym miasteczku w Niemczech” i „Miłości zimniejszej od śmierci”)


To również jest w miarę racjonalny sposób linkowania. I, racjonalnie rzecz biorąc, powinien stanowić drugi w częstości występowania. Tym niemniej, korzystam z niego incydentalnie. Pewnie dlatego, że rzadko zdarza mi się patrzeć na książkę z zewnątrz. Książka to bardziej pokój, do którego wchodzę, niż szklana kula, która mogę potrząsać, żeby zobaczyć, czy śnieżynki wylądują na choince, czy na Świętym Mikołaju (na marginesie: ileż to zim spędziłam marząc o takiej zabawce! Potem nawet pojawiły się w sklepach, ale niestety, tylko w dość specyficznej wersji. No i miałam szklaną kulę: ze śniegiem, jodłą i flamingiem pośrodku zamieci. A flaming był jarzeniowo różowy). Mało obchodzi mnie, jak się coś dzieje, a jeszcze mniej to, co się właściwie dzieje. W zasadzie, jeśli chodzi o dzianie się, to zauważam głównie nastrój.



  1. Metoda na „co mi w duszy gra” – gdy skojarzenie związane jest z czymś kompletnie nieistotnym, ale dla nas osobiście ważnym, choć nieprzekładalnym (tu anegdota egzemplifikująca: chodziłam kiedyś z koleżanką do „Kociaka”, gdzie szeroki wybór dań składał się z deseru Melba i deseru Ambrozja. Obie zamawiałyśmy zawsze Ambrozję: koleżanka – bo była uczulona na orzechy, ja – bo nie znoszę słodkich sosów. I z książkami jest tak samo). Tak więc zdarza mi się przeskakiwać:



  • po stylu, w którym rozbudowane i obrazowe metafory służą do opisu zachowania bohaterów:

Od: „Może ten ogród istnieje tylko w cieniu naszych spuszczonych powiek, a nigdy nie przestaliśmy: ty – wzbijać kurzu na polach bitewnych, jak – kupczyć workami pieprzu na dalekich targowiskach…” (Italo Calvino)
Do: „…Isabel miała wrażenie, że introspekcja jest spacerem na świeżym powietrzu i że zapuszczanie się w zakamarki własnej duszy musi być niewinną wyprawą, skoro się z niej wraca z naręczem róż” (Henry James)



  • po ulubionym zawodzie, przy którym zawsze marzę, żeby ktoś go wreszcie porządnie wyeksplorował literacko

Od :
„— Istotnie. W młodych latach prowadziłem przez rok rubrykę „Twój ogród” w „Sunday Mall”.
— Zawracanie głowy! — oświadczył pułkownik Pikeaway. — To jest zero! Sam potrafiłbym prowadzić taką kolumnę nie mając pojęcia o ogrodzie, odwalając tylko z paru jaskrawo ilustrowanych katalogów „Szkółkarza” i „Encyklopedii ogrodnictwa”. Znam ten żargon. Czemu nie zerwać z tradycją i nie wprowadzić w tym roku prawdziwie tropikalnej nuty w twoim ogrodzie? Piękna Amabellis Gossiporia i cudowna nowa chińska hybryda Sinensis Makafoolia. Wypróbuj obficie kwitnące kępy ślicznej Sinistra Hopaless, niezbyt odpornej, lecz dobrze czującej się pod zachodnią ścianą
Przerwał i uśmiechnął się.
— Nic takiego! Durnie kupują te zielska i pierwszy mróz niszczy je, a ci idioci żałują, że nie sadzili laków  i niezapominajek.” (Agatha Christie)
Do:
„Powodem tego zaniepokojenia były różne moje wiadomości z dziedziny pszczelnictwa i hodowli drobiu, w których rozwijałem nowe teorie. Wywołały one istny popłoch, ponieważ po moich prostych radach trafił szlag znanego pszczelarza pana Pazourka, a pszczelnictwo na Szumawie i Podkarkonoszu uległo zagładzie. Na drób zwaliła się zaraza generalna: zdychało wszystko. Prenumeratorzy pisywali do mnie listy z pogróżkami i odsyłali czasopismo.
Przerzuciłem się na ptaki polne i leśne i jeszcze dzisiaj pamiętam szczegóły mojej afery z redaktorem „Przeglądu Wiejskiego”, klerykalnym posłem i dyrektorem, Józefem M. Kadlczakiem.
Z czasopisma angielskiego „Country Life” wyciąłem obrazek jakiegoś ptaszka siedzącego na leszczynie. Nazwałem go orzechówką, tak samo, jak byłbym nazwał ptaszka siedzącego na jałowcu - jałowcówką albo nawet jałówką.” (Jaroslav Hasek)



  • po Bóg wie czym (do dziś nie doszłam, dlaczego akurat to kojarzy mi się z akurat tym)

Od: „…więc najpierw musimy znaleźć rzekę, a potem ją przekroczyć. A jeśli wszystkie są pod ziemią, to musimy tam pójść.” (John Crowley)
Do:  „Wiem jedno: gdy świat wreszcie dostrzegł góry lodowe, było już o wiele za późno na to, by „Lewiatan” zmienił kurs. Ale czy jakikolwiek elegancki okręt miał ster?” (Ronald Wright)



          Jako metoda całkowicie nieracjonalna i indywidualna ten sposób linkowania sprawdza się znakomicie. Przy odpowiednio szerokim dostępie do lektury można ciągnąć go właściwie w nieskończoność. Jest tylko jeden minus – gdy zastopuje cię nieznajomość cytatu. Doskonale pamiętam mękę, gdy zafiksowałam się na pewnym wyimku i w poszukiwaniu go przekartkowałam całego Umberto Eco – bo dałabym sobie rękę uciąć, że gdzieś to tam było. Oczywiście, zdroworozsądkowo rzecz biorąc, powinnam machnąć ręką i poszukać innego skojarzenia; z każdą książkę wiąże się przynajmniej kilka, niby żaden problem. Ale, niestety, to tak nie działa. Kiedy człowiek ma ochotę założyć zieloną spódnicę i iść na spotkanie towarzyskie, nie umie sobie wmówić, że właściwie równie dobrze może wciągnąć szorty i zrobić dziesięć przysiadów.
          Zagubiony link potrafi dręczyć jak niedopasowane buty. W wyżej wymienionym przypadku miałam szczęście: po roku czy dwóch natknęłam się na moją zgubę i to bynajmniej nie u Eco, ale w „Brązowej Antigule” (jak to odmieniać, drodzy moi? Bo „Antigule” brzmi jak „Donaldu Tusku”) Roberta Gravesa. Teraz szukam innego zagubionego linka, który nasunął mi się na myśl przy „Zygzaku” Jose Carlosa Somozy, a dokładniej przy fragmencie: „Przyjaźń nie jest takim trudnym i wymagającym wysiłku przedsięwzięciem, jak się wielu osobom wydaje…”. Chodzi mianowicie o scenę, w której bohater dochodzi do wniosku, że ludzi bardziej lubi się za to, jakimi są, niż za to, co robią i jakież to niesprawiedliwe, nieprawdaż? Byłam pewna, że to Oliver w wyżej wspominanej „Antigule” – niestety, śladów cytatu nie znalazłam, a czytać od deski do deski nie mam ochoty. Może za parę lat się znajdzie.
c.d.n.


 
Tags: czytanie
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic
    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 2 comments