buraki

(no subject)

Dziękuję Silene, która zmotywowała mnie do rozszerzenia komentarza do notki na jej blogu (http://silene-acaulis.blogspot.com/2013/09/dziecinady.html), a także wszystkim uczestniczkom rozmów na temat tego, jak powinni rozmawiać bohaterowie w pociągu, czym jest romans i do czego mogą służyć kable. I będzie w częściach, bo ostatnio niektórzy narzekali, że się niewydgodnie czyta.
 

Collapse )



buraki

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU, czyli gdyby Rymanowski był Anglikiem…

Zaczynam tradycyjnie i zgodnie z wytycznymi Radia Maryja – nie na temat (patrz: anegdota z słuchowiska: Słuchaczka: „Ja to byłam na pielgrzymce i ile tam winiaków księża kupowali…” Ksiądz redaktor: „Mówi pani nie na temat dzisiejszej katechezy.”). Otóż zasadniczo lubię sztukę, która daje mi komfort – psychiczny, emocjonalny, intelektualny i zmysłowy. Lubię poczuć się wygodnie, pogodnie i miło, z przekonaniem, że chociaż zazwyczaj świat widzę lepszym niż jest, to może jest gdzieś taki świat, w którym jest to prawdą. I świat ten nie różni się wiele od naszego. Ot, choćby kryminał, w którym poseł narodowowyzwoleńczy jest kryptogejem i romansuje z asystentem albo opowieść, jak to małe i zamknięte społeczności religijno-rasowe dają ochronę ludziom z zewnątrz; albo obrazek z rękami wyciągniętymi nad barykadą, bo rodzina to rodzina, nawet jeśli idiota i zdrajca. I jasne, gdzieś za uszami tłucze mi się myśl, że patriotyczni bojownicy nie entuzjazmują się seksem oralnym z zakochanym podwładnym, ale kupują sobie młodzianków spod latarni, nad barykadą nie da rady uścisnąć sobie dłoni, a małe społeczności potrafią zrobić z obcego mielonkę nie gorszą niż ta sprzedawana w konserwach turystycznych. I dlatego - od czasu do czasu, nie zbyt często (bo wtedy zaczynam myśleć po niemiecku, tzn. o Demokracji, Wartościach i Prawdzie, i wszystko to z wielkiej litery), ale i nie za rzadko (bo wesołym, nieświadomym niczego zajączkiem zamierzam zostać dopiero w wieku podeszłym) – wrzucam sobie na ruszt coś, co bardziej przypomina zwyczajne życie. W którym zły pieniądz wypiera dobry, ludzie nie zmieniają się na lepsze tylko dlatego, że świeci słońce, a wszyscy wychodzą na głupa, niezależnie od tego, czy w sposób żenująco nieudolny próbują podkładać sobie świnie, czy, wręcz przeciwnie, preferują zachowanie pajacowato-szlachetne. I – zaznaczam – nie chodzi o żadne dołujące obrazy nizin społecznych i umysłowych, żadne obrazki nędzy i rozpaczy, żadne tragedie wielkości Matterhornu i depresje porównywalne z Rowem Mariańskim – ot, zwyczajna nasza orka na ugorze, raz pod górkę, a raz z górki, pod niebem złocisto-błękitnym, choć to jedynie złudzenie wzrokowe, bo wszak kosmos jest czarny.

I tak właśnie – meandrując pomiędzy tym, co lubię zawsze, i co lubię od czasu do czasu – doszłam do clue wywodu, a mianowicie do „The Hour”. Kto dotarł ze mną do tego momentu, niech się nie zniechęca – nie chodzi o serial nadmiernie głęboki, o serial artystyczny, o serial mroczny jak sumienie cara Aleksandra, podwójne espresso i noc przed wynalezieniem żarówki. Jest to, ot, taki sobie uroczy dwunastoodcinkowiec (BBC, kocham się! Wreszcie daję radę obejrzeć cały serial, zamiast odpaść na czwartym odcinku piątego sezonu) o tym, jak pewni młodzi i nie tak młodzi ludzie kręcili program informacyjny w czasach, gdy nie było TVN24 i tytułowa godzina (raz w tygodniu! Wyobrażacie sobie?) musiała wystarczyć na przedstawienie informacji, analizę i wywiad, okraszone jeszcze migawkami z terenu i wstawkami eksperta. Tak, trzeba przyznać, było ciężko. Choć, z drugiej strony, było łatwo. W owych legendarnych czasach politycy obarczeni brzemieniem skandalu uciekali przed telewizją lub ewentualnie próbowali zakulisowo ocenzurować materiał, a nie urządzali pięć konferencji prasowych, z których każda przypominała połączenie programu „Wybacz mi” z reklamą oleju („Nasz olej łączy ludzi! Wszelkich wyznań, kolorów i kształtów! Podajmy sobie ręce i pójdźmy w tan z butelką „Rzepakowego!”), a jedyne różnice dotyczyły kolorów krawatów. Ale nie ma co narzekać – może i styl polityki mamy inni, ale ludzie tacy sami. I świat. I nawet moda wraca. Więc skoro tak, to za co lubię „The Hour”, i co ma wspólnego czasami współczesnymi – postaram się to udowodnić w pięciu akapitach i stu zdaniach, jak to pisało się w podstawówce, gdy trzeba było spłodzić tzw. modelową rozprawkę-na-temat („Uwodnij na przykładach i z cytatami, że fraszki Kochanowskiego są aktualne, Rozalkę niesłusznie spalili w picu, a Staś Tarkowski to ideał mężczyzny” – pamiętacie?). No więc, do rzeczy!

Collapse )



buraki

(no subject)

Przyznaję, jestem seksistką. Tak, czas na coming out, wyznanie grzechów i bicie się w pierś, choć – przyznam to po raz drugi – nie wiem, kogo mam bardziej przepraszać. Mężczyznom czy kobietom kajać się u stóp i posypywać głowę popiołem? Panów czy panie prosić wybaczenie, kapeluszem zamiatać pył, a w braku kapelusza – choćby szalik rzucać na błotniste kałuże? Bóg raczy wiedzieć albo raczej niech płcie same rozsądzą. Mój grzech polega bowiem na tym, że wolę książki o kobietach. Chociaż nie, „wolę” to jest odpowiednie słowo. Przecież wśród moich ulubionych pozycji (tu na marginesie mogłabym rozwinąć kilkuakapitową refleksję, co to właściwe znaczy „ulubione”. Powtarzane w kółko samograje à la piosenki inżyniera Mamonia? Huragany i lawiny, które przeorały moją niewinną duszę i otworzyły nowe horyzonty? Denerwujące kostki Rubika, jakim zawdzięczam zarwane nocy? Ale, że czasu mało, a za lokowanie produktu nikt nie płaci, przyjmijmy, że kategoria „ulubione” oznacza to samo, że „ulubione” w przeglądarce internetowej, czyli po prostu pojemny worek o szerokim gardle) – tak więc w tymże worki mieści się u mnie wiele pozycji męsko-bohaterowych, ba!, w tym całkiem sporo takich, które głównie bohaterem stoją. Problem jest może mniej złożony i łatwiejszy do wyjaśnienia na konkretnym przykładzie: otóż wchodząc do księgarni, czy to wirtualnej, czy realnej, szybciej wezmę do ręki książkę, rozpoczynającą się: „Anna wyszła z domu o ósmej”, niż taką, której pierwsze zdanie brzmi: „Wojtek wyszedł z domu o dwunastej” (faceci, jak uczy doświadczenie i reklamy płatków kukurydzianych, śpią do południa, w czasie gdy ich partnerki układają włosy, podkręcają rzęsy i rumienią w sandwicherze pełnoziarniste tosty ze śmietankowym serem). I nie ma co się oszukiwać – to zwykły seksizm fabularny, czysty i nieskażony jak mleko prosto od krowy. Pytanie tylko: kogo bardziej obrażam? Mężczyzn - bo stawiam ich na zaszczytnej drugiej pozycji? Czy może kobiety – bo traktuję je jak oddzielny rodzaj postaci, naznaczony przez płeć tak, jak bohaterowie filmów lat dziewięćdziesiątych byli naznaczeni kolorem skóry (dzielni Afroamerykanie w roli dobrych kumpli, dowcipni Latynosi jako policyjni partnerzy itp.)? Cóż, nie mnie o tym sądzić, nie mnie wydawać wyrok. Tak po prostu jest i tyle. Przyznaję się. A poza tym, jak mówi Léo Taxil: „Czy w dobrej powieści może brakować kobiety?”.
Tak więc, skoro już się przyznałam, postanowiłam zrobić jakieś podsumowanie, uporządkować co nieco, żebym na przyszłość, gdy zagadną mnie reporterzy z „Teletygodnia” albo przynajmniej branżowego okólnika, miała pod ręką skrystalizowane poglądy. Krystalizacja zaś była możliwa li i jedynie dzięki osobom, którym zadedykowałam notkę, a które wypowiedziały się na tak ważkie tematy, jak: po co klęczeć, skoro można leżeć, kwestia lojalności i znaczenie Prawdy jako wartości wyższej. Ale, do rzeczy. A więc:

Notka dedykowana:
Dla moich źródeł informacji i inspiracji, które pozornie prowadzą porządne życie, czasem nawet na kolanach.



Collapse )
    
    
buraki

(no subject)

Otóż, zdaje mi się, że nie tak dawno temu pisałam, że nie obejrzałam żadnego serialu w całości. Przyczyny były różne: gwiżdżący czajnik w kuchni (SPN), brak dymiącego Murzyna (LOST), nadmiar Murzynów w piwnicy („Desperate Housewives”) i dyżurnych gołych bab („Rome”). Zawiodłam się także na DW (brak Partii Przyjaciół Piwa, Daltona w szlafroku i dywanu z inicjałami), GoT (co tam wszyscy tacy sympatyczni?) i „Torchwood” (nie było nic o ISO!). Ale to se ne vrati. Dziś jestem innym człowiekiem i jako ten inny człowiek chciałabym podzielić się paroma przemyśleniami. Niestety, przemyślenia te są długie i noszą cechy potoku, jak nie rzeki, świadomości. Tak więc  w skrócie:

Słowa kluczowe: buraki, kicz a vintage, drzwi zamknięte – drzwi uchylone – drzwi na oścież, moralna racja a stężenie wkurwialności, kurczak po meksykańsku
Streszczenie: „To był tylko sen, kochanie – powiedział bulterier.”



Collapse )
        
          
           
buraki

(no subject)


Czas leci, zbliża się trzydziesty lipca, warto by cos napisać. Nie żeby trzydziesty lipca był jakąś szczególną datą; rocznicą śmierci Pikusia, urodzin kotka Filemonka czy chociaż Dniem Pracownika Przemysł Spożywczego; ale, bądź co bądź, każda okazja jest dobra, żeby się zmotywować. Ergo – zaczynajmy!
      
      

Collapse )

    
      
       
I jeszcze mały dopisek całkowicie od czapy: zauważyłam, że mimo mojego wrodzonego optymizmu i promiennej radości wszystkie piosenki, które wrzuciłam pod notkami, mają nad wyraz przygnębiający wydźwięk. Rodzinę zabili, ukochany poszedł precz, a w wyborach nasi dali dupy. Czas przerwać tę smutną wyliczankę! W związku z tym dziś promuję podnoszący na duchu song – jak go posłucham, to od razu cieszę się, że żyję akurat tu i teraz.
       
        

buraki

(no subject)

Boże Narodzenie minęło, Sylwester minął, Nowy Rok też… a ja nic, żadnej notki okolicznościowej. A teraz to już po ptakach. Trudno, spóźniłam się (jak na wiele różnych innych rzeczy). Dziś więc nie będzie rocznicowo ani świątecznie. Będzie zwyczajnie. Popowo.
       

Collapse )       
    
          

Collapse )
   
    

Collapse )
 
   
P.P.P.S. A teraz kończymy. Naprawdę.
     
      
      
buraki

(no subject)


Ostrzegam, dziś będzie spóźniona notka na 11 listopada. Spóźniona, bo wcześniej nie miałam czasu ani inspiracji. Tak więc, uwaga!, dziś w menu serwujemy: patriotów, proroków, pytania poważne i prognozy ponure oraz pyzy à la Poniatowski.
    
     

Collapse )

  • Current Music
    Amy MacLeod "Let's Start A Band"
  • Tags