?

Log in

No account? Create an account

ANI · SŁOWA · PRAWDY

Recent Entries · Archive · Friends · Profile

* * *
    Dziękuje jeszcze raz, także na Ridge'a i inne inspirujace elementy.

JAK ZOSTAĆ CZYTELNIKIEM W WEEKEND (część 4)Collapse )

Tags:

* * *
No to lecim dalej, tym z razem z życzeniami udanych grzybobrań i dojenia lam.
     
JAK ZOSTAĆ CZYTELNIKIEM W WEEKEND (część 3)Collapse )

 
Tags:
* * *
Dziękuję jak niżej i życzę, żeby niektórzy znaleźli drogę na swój peron.

JAK ZOSTAĆ CZYTELNIKIEM W WEEKEND (częśc 2)Collapse )
Tags:
* * *

Dziękuję Silene, która zmotywowała mnie do rozszerzenia komentarza do notki na jej blogu (http://silene-acaulis.blogspot.com/2013/09/dziecinady.html), a także wszystkim uczestniczkom rozmów na temat tego, jak powinni rozmawiać bohaterowie w pociągu, czym jest romans i do czego mogą służyć kable. I będzie w częściach, bo ostatnio niektórzy narzekali, że się niewydgodnie czyta.
 

JAK ZOSTAĆ CZYTELNIKIEM W WEEKEND (część 1)Collapse )



Tags:
* * *

Zaczynam tradycyjnie i zgodnie z wytycznymi Radia Maryja – nie na temat (patrz: anegdota z słuchowiska: Słuchaczka: „Ja to byłam na pielgrzymce i ile tam winiaków księża kupowali…” Ksiądz redaktor: „Mówi pani nie na temat dzisiejszej katechezy.”). Otóż zasadniczo lubię sztukę, która daje mi komfort – psychiczny, emocjonalny, intelektualny i zmysłowy. Lubię poczuć się wygodnie, pogodnie i miło, z przekonaniem, że chociaż zazwyczaj świat widzę lepszym niż jest, to może jest gdzieś taki świat, w którym jest to prawdą. I świat ten nie różni się wiele od naszego. Ot, choćby kryminał, w którym poseł narodowowyzwoleńczy jest kryptogejem i romansuje z asystentem albo opowieść, jak to małe i zamknięte społeczności religijno-rasowe dają ochronę ludziom z zewnątrz; albo obrazek z rękami wyciągniętymi nad barykadą, bo rodzina to rodzina, nawet jeśli idiota i zdrajca. I jasne, gdzieś za uszami tłucze mi się myśl, że patriotyczni bojownicy nie entuzjazmują się seksem oralnym z zakochanym podwładnym, ale kupują sobie młodzianków spod latarni, nad barykadą nie da rady uścisnąć sobie dłoni, a małe społeczności potrafią zrobić z obcego mielonkę nie gorszą niż ta sprzedawana w konserwach turystycznych. I dlatego - od czasu do czasu, nie zbyt często (bo wtedy zaczynam myśleć po niemiecku, tzn. o Demokracji, Wartościach i Prawdzie, i wszystko to z wielkiej litery), ale i nie za rzadko (bo wesołym, nieświadomym niczego zajączkiem zamierzam zostać dopiero w wieku podeszłym) – wrzucam sobie na ruszt coś, co bardziej przypomina zwyczajne życie. W którym zły pieniądz wypiera dobry, ludzie nie zmieniają się na lepsze tylko dlatego, że świeci słońce, a wszyscy wychodzą na głupa, niezależnie od tego, czy w sposób żenująco nieudolny próbują podkładać sobie świnie, czy, wręcz przeciwnie, preferują zachowanie pajacowato-szlachetne. I – zaznaczam – nie chodzi o żadne dołujące obrazy nizin społecznych i umysłowych, żadne obrazki nędzy i rozpaczy, żadne tragedie wielkości Matterhornu i depresje porównywalne z Rowem Mariańskim – ot, zwyczajna nasza orka na ugorze, raz pod górkę, a raz z górki, pod niebem złocisto-błękitnym, choć to jedynie złudzenie wzrokowe, bo wszak kosmos jest czarny.

I tak właśnie – meandrując pomiędzy tym, co lubię zawsze, i co lubię od czasu do czasu – doszłam do clue wywodu, a mianowicie do „The Hour”. Kto dotarł ze mną do tego momentu, niech się nie zniechęca – nie chodzi o serial nadmiernie głęboki, o serial artystyczny, o serial mroczny jak sumienie cara Aleksandra, podwójne espresso i noc przed wynalezieniem żarówki. Jest to, ot, taki sobie uroczy dwunastoodcinkowiec (BBC, kocham się! Wreszcie daję radę obejrzeć cały serial, zamiast odpaść na czwartym odcinku piątego sezonu) o tym, jak pewni młodzi i nie tak młodzi ludzie kręcili program informacyjny w czasach, gdy nie było TVN24 i tytułowa godzina (raz w tygodniu! Wyobrażacie sobie?) musiała wystarczyć na przedstawienie informacji, analizę i wywiad, okraszone jeszcze migawkami z terenu i wstawkami eksperta. Tak, trzeba przyznać, było ciężko. Choć, z drugiej strony, było łatwo. W owych legendarnych czasach politycy obarczeni brzemieniem skandalu uciekali przed telewizją lub ewentualnie próbowali zakulisowo ocenzurować materiał, a nie urządzali pięć konferencji prasowych, z których każda przypominała połączenie programu „Wybacz mi” z reklamą oleju („Nasz olej łączy ludzi! Wszelkich wyznań, kolorów i kształtów! Podajmy sobie ręce i pójdźmy w tan z butelką „Rzepakowego!”), a jedyne różnice dotyczyły kolorów krawatów. Ale nie ma co narzekać – może i styl polityki mamy inni, ale ludzie tacy sami. I świat. I nawet moda wraca. Więc skoro tak, to za co lubię „The Hour”, i co ma wspólnego czasami współczesnymi – postaram się to udowodnić w pięciu akapitach i stu zdaniach, jak to pisało się w podstawówce, gdy trzeba było spłodzić tzw. modelową rozprawkę-na-temat („Uwodnij na przykładach i z cytatami, że fraszki Kochanowskiego są aktualne, Rozalkę niesłusznie spalili w picu, a Staś Tarkowski to ideał mężczyzny” – pamiętacie?). No więc, do rzeczy!

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU, czyli gdyby Rymanowski był Anglikiem…Collapse )



Tags:
* * *
* * *
Przyznaję, jestem seksistką. Tak, czas na coming out, wyznanie grzechów i bicie się w pierś, choć – przyznam to po raz drugi – nie wiem, kogo mam bardziej przepraszać. Mężczyznom czy kobietom kajać się u stóp i posypywać głowę popiołem? Panów czy panie prosić wybaczenie, kapeluszem zamiatać pył, a w braku kapelusza – choćby szalik rzucać na błotniste kałuże? Bóg raczy wiedzieć albo raczej niech płcie same rozsądzą. Mój grzech polega bowiem na tym, że wolę książki o kobietach. Chociaż nie, „wolę” to jest odpowiednie słowo. Przecież wśród moich ulubionych pozycji (tu na marginesie mogłabym rozwinąć kilkuakapitową refleksję, co to właściwe znaczy „ulubione”. Powtarzane w kółko samograje à la piosenki inżyniera Mamonia? Huragany i lawiny, które przeorały moją niewinną duszę i otworzyły nowe horyzonty? Denerwujące kostki Rubika, jakim zawdzięczam zarwane nocy? Ale, że czasu mało, a za lokowanie produktu nikt nie płaci, przyjmijmy, że kategoria „ulubione” oznacza to samo, że „ulubione” w przeglądarce internetowej, czyli po prostu pojemny worek o szerokim gardle) – tak więc w tymże worki mieści się u mnie wiele pozycji męsko-bohaterowych, ba!, w tym całkiem sporo takich, które głównie bohaterem stoją. Problem jest może mniej złożony i łatwiejszy do wyjaśnienia na konkretnym przykładzie: otóż wchodząc do księgarni, czy to wirtualnej, czy realnej, szybciej wezmę do ręki książkę, rozpoczynającą się: „Anna wyszła z domu o ósmej”, niż taką, której pierwsze zdanie brzmi: „Wojtek wyszedł z domu o dwunastej” (faceci, jak uczy doświadczenie i reklamy płatków kukurydzianych, śpią do południa, w czasie gdy ich partnerki układają włosy, podkręcają rzęsy i rumienią w sandwicherze pełnoziarniste tosty ze śmietankowym serem). I nie ma co się oszukiwać – to zwykły seksizm fabularny, czysty i nieskażony jak mleko prosto od krowy. Pytanie tylko: kogo bardziej obrażam? Mężczyzn - bo stawiam ich na zaszczytnej drugiej pozycji? Czy może kobiety – bo traktuję je jak oddzielny rodzaj postaci, naznaczony przez płeć tak, jak bohaterowie filmów lat dziewięćdziesiątych byli naznaczeni kolorem skóry (dzielni Afroamerykanie w roli dobrych kumpli, dowcipni Latynosi jako policyjni partnerzy itp.)? Cóż, nie mnie o tym sądzić, nie mnie wydawać wyrok. Tak po prostu jest i tyle. Przyznaję się. A poza tym, jak mówi Léo Taxil: „Czy w dobrej powieści może brakować kobiety?”.
Tak więc, skoro już się przyznałam, postanowiłam zrobić jakieś podsumowanie, uporządkować co nieco, żebym na przyszłość, gdy zagadną mnie reporterzy z „Teletygodnia” albo przynajmniej branżowego okólnika, miała pod ręką skrystalizowane poglądy. Krystalizacja zaś była możliwa li i jedynie dzięki osobom, którym zadedykowałam notkę, a które wypowiedziały się na tak ważkie tematy, jak: po co klęczeć, skoro można leżeć, kwestia lojalności i znaczenie Prawdy jako wartości wyższej. Ale, do rzeczy. A więc:

Notka dedykowana:
Dla moich źródeł informacji i inspiracji, które pozornie prowadzą porządne życie, czasem nawet na kolanach.



IRENE CZY KITTY, CZYLI JAK SIĘ WYZWOLIĆ, SKORO GORSET WYSZEDŁ Z MODYCollapse )
    
    
* * *
Otóż, zdaje mi się, że nie tak dawno temu pisałam, że nie obejrzałam żadnego serialu w całości. Przyczyny były różne: gwiżdżący czajnik w kuchni (SPN), brak dymiącego Murzyna (LOST), nadmiar Murzynów w piwnicy („Desperate Housewives”) i dyżurnych gołych bab („Rome”). Zawiodłam się także na DW (brak Partii Przyjaciół Piwa, Daltona w szlafroku i dywanu z inicjałami), GoT (co tam wszyscy tacy sympatyczni?) i „Torchwood” (nie było nic o ISO!). Ale to se ne vrati. Dziś jestem innym człowiekiem i jako ten inny człowiek chciałabym podzielić się paroma przemyśleniami. Niestety, przemyślenia te są długie i noszą cechy potoku, jak nie rzeki, świadomości. Tak więc  w skrócie:

Słowa kluczowe: buraki, kicz a vintage, drzwi zamknięte – drzwi uchylone – drzwi na oścież, moralna racja a stężenie wkurwialności, kurczak po meksykańsku
Streszczenie: „To był tylko sen, kochanie – powiedział bulterier.”



(żeby nie było, że nie ostrzegałam)Collapse )
        
          
           
* * *

Czas leci, zbliża się trzydziesty lipca, warto by cos napisać. Nie żeby trzydziesty lipca był jakąś szczególną datą; rocznicą śmierci Pikusia, urodzin kotka Filemonka czy chociaż Dniem Pracownika Przemysł Spożywczego; ale, bądź co bądź, każda okazja jest dobra, żeby się zmotywować. Ergo – zaczynajmy!
      
      

TO IDZIE MŁODOŚĆ, MŁODOŚĆ, MŁODOŚĆ!Collapse )

    
      
       
I jeszcze mały dopisek całkowicie od czapy: zauważyłam, że mimo mojego wrodzonego optymizmu i promiennej radości wszystkie piosenki, które wrzuciłam pod notkami, mają nad wyraz przygnębiający wydźwięk. Rodzinę zabili, ukochany poszedł precz, a w wyborach nasi dali dupy. Czas przerwać tę smutną wyliczankę! W związku z tym dziś promuję podnoszący na duchu song – jak go posłucham, to od razu cieszę się, że żyję akurat tu i teraz.
       
        

W czytaniu:
Stefania Grodzieńska, "Kłania się PRL"
Podkład muzyczny:
Maria Mena, "Self-fulfilling prophecy"
* * *

Boże Narodzenie minęło, Sylwester minął, Nowy Rok też… a ja nic, żadnej notki okolicznościowej. A teraz to już po ptakach. Trudno, spóźniłam się (jak na wiele różnych innych rzeczy). Dziś więc nie będzie rocznicowo ani świątecznie. Będzie zwyczajnie. Popowo.
       

KAŻDY MA TAKIEGO KRASNALA OGRODOWEGO, NA JAKIEGO SOBIE ZASŁUŻYŁCollapse )       
    
          

P.S. Poza tym warto zauważyć...Collapse )
   
    

P.P.S. Nadto należy zauważyć...Collapse )
 
   
P.P.P.S. A teraz kończymy. Naprawdę.
     
      
      
Tags: ,
* * *

Ostrzegam, dziś będzie spóźniona notka na 11 listopada. Spóźniona, bo wcześniej nie miałam czasu ani inspiracji. Tak więc, uwaga!, dziś w menu serwujemy: patriotów, proroków, pytania poważne i prognozy ponure oraz pyzy à la Poniatowski.
    
     

I TY ZOSTANIESZ BOHATEREMCollapse )

W czytaniu:
Leonid Józefowicz "Książę wiatru"
W czytaniu:
Jane Austen "Mansfield Park"
Podkład muzyczny:
Amy MacLeod "Let's Start A Band"
* * *
* * *

Previous