You are viewing [info]ann_wlkp's journal

ANI · SŁOWA · PRAWDY

Recent Entries · Archive · Friends · User Info

* * *
Przyznaję, jestem seksistką. Tak, czas na coming out, wyznanie grzechów i bicie się w pierś, choć – przyznam to po raz drugi – nie wiem, kogo mam bardziej przepraszać. Mężczyznom czy kobietom kajać się u stóp i posypywać głowę popiołem? Panów czy panie prosić wybaczenie, kapeluszem zamiatać pył, a w braku kapelusza – choćby szalik rzucać na błotniste kałuże? Bóg raczy wiedzieć albo raczej niech płcie same rozsądzą. Mój grzech polega bowiem na tym, że wolę książki o kobietach. Chociaż nie, „wolę” to jest odpowiednie słowo. Przecież wśród moich ulubionych pozycji (tu na marginesie mogłabym rozwinąć kilkuakapitową refleksję, co to właściwe znaczy „ulubione”. Powtarzane w kółko samograje à la piosenki inżyniera Mamonia? Huragany i lawiny, które przeorały moją niewinną duszę i otworzyły nowe horyzonty? Denerwujące kostki Rubika, jakim zawdzięczam zarwane nocy? Ale, że czasu mało, a za lokowanie produktu nikt nie płaci, przyjmijmy, że kategoria „ulubione” oznacza to samo, że „ulubione” w przeglądarce internetowej, czyli po prostu pojemny worek o szerokim gardle) – tak więc w tymże worki mieści się u mnie wiele pozycji męsko-bohaterowych, ba!, w tym całkiem sporo takich, które głównie bohaterem stoją. Problem jest może mniej złożony i łatwiejszy do wyjaśnienia na konkretnym przykładzie: otóż wchodząc do księgarni, czy to wirtualnej, czy realnej, szybciej wezmę do ręki książkę, rozpoczynającą się: „Anna wyszła z domu o ósmej”, niż taką, której pierwsze zdanie brzmi: „Wojtek wyszedł z domu o dwunastej” (faceci, jak uczy doświadczenie i reklamy płatków kukurydzianych, śpią do południa, w czasie gdy ich partnerki układają włosy, podkręcają rzęsy i rumienią w sandwicherze pełnoziarniste tosty ze śmietankowym serem). I nie ma co się oszukiwać – to zwykły seksizm fabularny, czysty i nieskażony jak mleko prosto od krowy. Pytanie tylko: kogo bardziej obrażam? Mężczyzn - bo stawiam ich na zaszczytnej drugiej pozycji? Czy może kobiety – bo traktuję je jak oddzielny rodzaj postaci, naznaczony przez płeć tak, jak bohaterowie filmów lat dziewięćdziesiątych byli naznaczeni kolorem skóry (dzielni Afroamerykanie w roli dobrych kumpli, dowcipni Latynosi jako policyjni partnerzy itp.)? Cóż, nie mnie o tym sądzić, nie mnie wydawać wyrok. Tak po prostu jest i tyle. Przyznaję się. A poza tym, jak mówi Léo Taxil: „Czy w dobrej powieści może brakować kobiety?”.
Tak więc, skoro już się przyznałam, postanowiłam zrobić jakieś podsumowanie, uporządkować co nieco, żebym na przyszłość, gdy zagadną mnie reporterzy z „Teletygodnia” albo przynajmniej branżowego okólnika, miała pod ręką skrystalizowane poglądy. Krystalizacja zaś była możliwa li i jedynie dzięki osobom, którym zadedykowałam notkę, a które wypowiedziały się na tak ważkie tematy, jak: po co klęczeć, skoro można leżeć, kwestia lojalności i znaczenie Prawdy jako wartości wyższej. Ale, do rzeczy. A więc:

Notka dedykowana:
Dla moich źródeł informacji i inspiracji, które pozornie prowadzą porządne życie, czasem nawet na kolanach.



IRENE CZY KITTY, CZYLI JAK SIĘ WYZWOLIĆ, SKORO GORSET WYSZEDŁ Z MODY )
    
    
* * *
Otóż, zdaje mi się, że nie tak dawno temu pisałam, że nie obejrzałam żadnego serialu w całości. Przyczyny były różne: gwiżdżący czajnik w kuchni (SPN), brak dymiącego Murzyna (LOST), nadmiar Murzynów w piwnicy („Desperate Housewives”) i dyżurnych gołych bab („Rome”). Zawiodłam się także na DW (brak Partii Przyjaciół Piwa, Daltona w szlafroku i dywanu z inicjałami), GoT (co tam wszyscy tacy sympatyczni?) i „Torchwood” (nie było nic o ISO!). Ale to se ne vrati. Dziś jestem innym człowiekiem i jako ten inny człowiek chciałabym podzielić się paroma przemyśleniami. Niestety, przemyślenia te są długie i noszą cechy potoku, jak nie rzeki, świadomości. Tak więc  w skrócie:

Słowa kluczowe: buraki, kicz a vintage, drzwi zamknięte – drzwi uchylone – drzwi na oścież, moralna racja a stężenie wkurwialności, kurczak po meksykańsku
Streszczenie: „To był tylko sen, kochanie – powiedział bulterier.”



(żeby nie było, że nie ostrzegałam) )
        
          
           
* * *

Czas leci, zbliża się trzydziesty lipca, warto by cos napisać. Nie żeby trzydziesty lipca był jakąś szczególną datą; rocznicą śmierci Pikusia, urodzin kotka Filemonka czy chociaż Dniem Pracownika Przemysł Spożywczego; ale, bądź co bądź, każda okazja jest dobra, żeby się zmotywować. Ergo – zaczynajmy!
      
      

TO IDZIE MŁODOŚĆ, MŁODOŚĆ, MŁODOŚĆ! )

    
      
       
I jeszcze mały dopisek całkowicie od czapy: zauważyłam, że mimo mojego wrodzonego optymizmu i promiennej radości wszystkie piosenki, które wrzuciłam pod notkami, mają nad wyraz przygnębiający wydźwięk. Rodzinę zabili, ukochany poszedł precz, a w wyborach nasi dali dupy. Czas przerwać tę smutną wyliczankę! W związku z tym dziś promuję podnoszący na duchu song – jak go posłucham, to od razu cieszę się, że żyję akurat tu i teraz.
       
        

W czytaniu:
Stefania Grodzieńska, "Kłania się PRL"
Podkład muzyczny:
Maria Mena, "Self-fulfilling prophecy"
* * *
 

 Boże Narodzenie minęło, Sylwester minął, Nowy Rok też… a ja nic, żadnej notki okolicznościowej. A teraz to już po ptakach. Trudno, spóźniłam się (jak na wiele różnych innych rzeczy). Dziś więc nie będzie rocznicowo ani świątecznie. Będzie zwyczajnie. Popowo. 
        

KAŻDY MA TAKIEGO KRASNALA OGRODOWEGO, NA JAKIEGO SOBIE ZASŁUŻYŁ )        
     
          
P.S. Poza tym warto zauważyć... )
     
    
P.P.S. Nadto należy zauważyć... )
   
    
P.P.P.S. A teraz kończymy. Naprawdę.
      
       
      
* * *

Ostrzegam, dziś będzie spóźniona notka na 11 listopada. Spóźniona, bo wcześniej nie miałam czasu ani inspiracji. Tak więc, uwaga!, dziś w menu serwujemy: patriotów, proroków, pytania poważne i prognozy ponure oraz pyzy à la Poniatowski.
    
     

I TY ZOSTANIESZ BOHATEREM )

W czytaniu:
Leonid Józefowicz "Książę wiatru"
W czytaniu:
Jane Austen "Mansfield Park"
Podkład muzyczny:
Amy MacLeod "Let's Start A Band"
* * *

Miałam przygotowany błyskotliwy początek notki. Brzmiał on następująco: „Czasem nadchodzi czas apokalipsy. Czasem czas pijanych koni. Obecnie mamy czas Zbinia”. Niestety, po owym intrygującym zagajeniu, nie powstała nigdy jeszcze bardziej olśniewająca reszta. Poza tym zapominałam, jakiego właściwie Zbinia miałam na myśli. Syna stryjecznego dziadka ciotki Józefiny, kierownika zakładu rymarskiego czy może bohatera Teatru Telewizji? W związku z tym cała błyskotliwość poszła się wieszać na najbliższej gałęzi.

Ale nic to. Wszak idzie zima. To znaczy, teoretycznie to idzie jesień, ale nie bądźmy drobiazgowi. Zostańmy przy zimie. A skoro idzie zima, to wiadomo, co robi każda dobra gospodynie. Wyciąga weki. Słoiki. Zakopcowane ziemniaki. I kiszona kapustę z beczki. I ja tak samo. Nie są to może konfitury z dzikiej róży ani marynowane prawdziwki, ale cóż… Jak się nie ma Zbinia, to trzeba się cieszyć choćby z kwaszonych ogórków.
    
       
     

WEK NUMER JEDEN )        
           
WEK NUMER DWA )    
        
       
Tags:
Podkład muzyczny:
mix od Pewnych Osób
* * *
Gdyby ktoś mi wyjaśnił, dlaczego nie mogę zrobić tekstu we "wcięciu" i jak to ominąć, to byłabym zobowiązana do grobowej deski. W ogóle coś ostatnio siada...
P.S.Cwaniak z  tego journala, na Explorerze jakoś chodzi, chociaż ze zgrzytem, a pod Firefoxem wariuje. Ale co tam, nie będzie Gates pluł nam w twarz. Poza tym na moim kompie Explorer padł i siadł tak z rok temu. Tak więc, gdyby ktoś przypadkiem wiedział, jak zrobić to cholerne wcięcie pod Firefoxem, to będe się ścielić do nóg.

* * *

W pierwszych słowach mej notki bezwstydnie przyznam: jestem z siebie dumna. Piętnaście dni wakacji jak obszył, a ja nic! Żadnego podręcznika, żadnego czasopisma fachowego ani nawet ulotki promocyjnej. Żadnego EKG do obejrzenia, żadnej epikryzy do napisania. No, raz w nocy, o północy nawiedziła mnie wizja zatorowości płucnej, ale zaraz potem przyśnił mi się romans gotycki, więc w sumie wychodzi na zero.

A co robiłam? Ano, to co normalny człowiek: jadłam, piłam, biegałam po poligonie, fikałam koziołki i traciłam pieniądze. I nurzałam się. W mrocznych głębinach i w bezdennych topielach. I nie chodzi mi li i jedynie o nasz rodzimy Bałtyk, który kocham miłością bezwarunkową. Mam na myśli także odmęty zbrodni i otchłanie występku. Skąd? Z biblioteki i taniej książki, jakiej ostatnio namnożyło się w wakacyjnych miejscowościach. Tak więc bogatsza o kilka kilogramów (dorsz tuczy!), naszyjnik z labradorytów i przestępcze doświadczenie, pozwolę sobie na przedstawienie krótkiego rankingu wakacyjnego. Panie, panowie, oto moje Bursztynowe Morsy!

(Na stronie dodam, że inspirowałam się wszechobecnymi w kolorowej prasie konkursami i festiwalami, na których królują jakieś platynowe kaczki, złote lamparty i inne elementy biżuteryjno-zoologiczne. A ponieważ moje czytelnicze przygody miały miejsce nad Bałtykiem, i ponieważ pewien pan był tak uprzejmy, że zaliczył mnie do Morsów, postanowiłam upamiętnić owe wydarzenia choćby w tak symboliczny sposób.)

 

 

UWAGA:

 

Mimo że bardzo się starałam, nie ustrzegłam się pewnych spoilerów. Ostrzegam więc, że czytając notkę, można dowiedzieć się kilku rzeczy o fabule następujących książek: „Miłość zimniejsza od śmierci” Anny Małyszewej, „Czego boją się anioły” C.S Harris, „Frost i ciemna noc” R.D. Wingfielda, „Park Gorkiego” Martina C. Smitha, „Z premedytacją” i „Podejrzenie” Francisa Ilesa, „Niech bestia zdycha” Nicholasa Blake’a, „Najstarsza prawnuczka” Joanny Chmielewskiej, „Gra na cudzym boisku” Aleksandry Marininej, „Dżentelmeni i gracze” Joanne Harris.

   
    

   
  
   

P.S. O w mordkę, o motcie zapomniałam. A jakże tak, to bez wytycznej i cytatu! To wprost nieprzyzwoite. Naprawiam błąd. Dziś w programie Gilbert Keith Chesterton, któremu do nóg się ścielę z wielu różnych powodów.

„Strzeżcie się więc grzecznego, dobrze wychowanego dżentelmena, ubranego modnie, lecz ze spokojną elegancją, który co drugie słowo przeprasza, a jego sposób bycia jest zarazem szczery i pełen dystansu. Uważajcie, nim dopuścicie go do domowych sekretów, bo może okazać się fałszywym hrabiom.

Albo, co gorzej, prawdziwym.”
  

P.S.2. Aha, pochwalić się miałam, jak to wyantycypowałam telenoweliczne podejście do całodobowych programów informacyjnych. W najnowszej „Polityce” Ewa Winnicka pisze: „W okolicach pięćsetnego odcinka starsza znajoma dziennikarza Andrzeja Morozowskiego przestała oglądać amerykański serial „Moda na sukces” i przerzuciła się na TVN24, który uznała za doskonalszą formę ulubionego tasiemca. Bohaterowie korzystają z podobnie prostych środków wyrazu, gra się na podstawowych uczuciach widza, takich jak zagrożenie czy nadzieja. Można wyjechać na urlop i nie stracić wątku. Akcja nigdy się nie kończy. Za to za cenę abonamentu można bohaterom towarzyszyć całą dobę”.



     

    
   

 

* * *

Dziś na dzień dobry szklanka spirytusu (czyli prewencja gruźlicy w wykonaniu moich najbliższych) oraz cytat:

 - A co by ojciec radził członkom parlamentu? – spytał Michał z uśmiechem.

– Zostać pocztylionami, mój drogi. Taki, wiesz, jedzie sobie i jedzie, ma przy tym pewną powagę i solidną torbę, psy poszczekują na niego, inicjatywy nie trzeba, a przy każdych drzwiach można uciąć pogawędkę.” *

       

To tak na marginesie ostatniej rozróby wokół Wielkiego Nieobecnego aka Zbigniewu Ziobru. A tak na marginesie marginesu, to wyłapałam u siebie kolejne uprzedzenie. A może raczej stereotyp. Albo przesąd. Albo cholera wie co, bo już mi synonimów nie starcza i nawet Wordowski tezaurus mówi pas. Tak czy inaczej, chodzi mi o niechęć do ideologicznie zaangażowanych pań. Jak to jest, że kiedy na trybunie miota się mężczyzna, to jest w najgorszym razie śmieszne bądź denerwujące (a czasem nawet sympatyczne, jak w przypadku Tadeusza Cymańskiego), a gdy to samo robi kobieta, ogrania mnie najwyższa niechęć i zdegustowanie? Zupełniej jakby w butelce od Carlo Rossi znaleźć Zemstę Elektryka. Oczywiście, wiem, że to seksizm - bo czy tylko płeć męska posiada licencję na ideologiczną głupotę? Pewnie nie, ale taki wizerunek wprał się w moje zwoje mózgowe na skutek konsumpcji literacko – filmowej sieczki. Bo w końcu te wszystkie tajne stowarzyszenia, mroczne konwenty i podziemne kręgi to zawsze była głównie męska domena, a panie manipulowały raczej na boku i w celach mniej abstrakcyjnych, a bardziej praktycznych. Owszem, tu i ówdzie przemknęła przez ekran jakaś zaangażowana działaczka, co łkała w poduszkę po śmierci Wielkiego Wodza, ale primo: łkała po Wodzu, nie po ideologii, secundo: sympatii raczej nie budziła. No więc, wracając do naszych parlamentarnych owiec, nijak nie umiem polubić tych pań, co to krzyczą zaangażowane z hasła z piersi bujnych, obleczonych w żakiety made by Zara. Innymi słowy, bardziej Renata Beger, niż Beata Kempa. Tak, stanowczo o wiele bardziej.

      

A teraz, po małym wstępie publicystyczno-politycznym przejdźmy to meritum. Meritum to streszcza się w jednym zdaniu: Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i nie wraca się do książek z dzieciństwa. W każdym razie nie w ilościach hurtowych. I nie do tych z lat młodzieńczych (bo już „Śpioszka Popielica” i „Tygrysek z pociągu” to jak najbardziej polecam i zachęcam). Dlaczego? Dlatego, że nie warto tracić złudzeń. I to nie to złudzeń dotyczących literatury, ile złudzeń dotyczących samej siebie. Bo i co z tego, że the ponies run, the girls are young…** Chlip, chlip…(tu następuje przerwa na wydmuchanie nosa).

A przecież taka byłam pewna, że w wieku lat nastu prezentowałam Powagę, Głębię i Przejęcie Problemami Wagi Ciężkiej. A tu co? A tu dupa. Bo jakaż to była powaga, skoro delektowałam się literackimi powidłami i to z bitą śmietaną. I chrzanić Dostojewskiego, którego obsmarowywałam kilka notek wcześniej, Dostojewski przynajmniej przydaje się przy czytaniu najnowszego Akunina. Są większe zbrodnie. Nie ma bowiem nic gorszego, niż przeżyć rozczarowanie.

Dajmy na to taka Montgomery. Łykałam kiedyś jak czereśnie, nie bacząc na pestki i robaki. A teraz co? Teraz zachodzę w głowę, czemu autorka nie wywaliła w diabły głównej bohaterki, jej bezpłciowego amanta i wszystkich romantycznych wątków. Zostałaby przyjemna atmosfera swojskiego zadupia, mnóstwo złośliwych pań w wieku balzakowskim i ładna wiązanka romantycznych idiotów płci obojga. I bezwzględnie, żadnych - ale to żadnych – Pierwszych Miłości, powracających z worem złota i sztuczną nogą.

        

 

     

 

Ale co tam Montgomery. Montgomery mogę przeżyć. Natomiast nijak nie umiem przeżyć Dumasa. I Charlotte Bronte. I jeszcze paru innych. No bo jak to? Piętnaście czy ile tam lat minęło i taki przewrót? Zmiana ustroju intelektualnego? Rewolta niemal? Poczułam się oszukana. Jakbym przez całe życie wierzyła, że mieszkam w antykach, a tu nagle którego dnia budzę się w łóżku z IKEA. Ale trudno, stało się. Teraz przynajmniej wiem, że zamiast Głębi odczuwam jedynie irytację. Bo wprawdzie nie ma nic bardziej interesującego, niż czytać książkę i nie zgadzać się autorem, ale nie można nie zgadzać się z bohaterami. Tak więc powalona życie wewnętrznym heroin Charlotte Bronte i rozwydrzeniem młodzież u Dumasa, porzuciłam myśl o dalszym eksplorowaniu biblioteki. Widać ksiązki to nie koniaki, co muszą się odleżeć w piwnicy. No bo na przykład jak wytłumaczyć, że Blixen, Grin i Conrad, do których wracam co najmniej raz w roku, nijak mi ni przeszli?

     

A jak już jesteśmy przy Blixen (bo dzisiejsza notka – gdyby ktoś nie zauważył – jest radośnie odczapistyczna i skonstruowana na zasadzie wianka z koniczyny), to przypominam sobie jeden felieton o życiowych mottach. Teza brzmiała jakoś tak, że jedna dewiza starcza człowiekowi na circa dwadzieścia lat, a potem pojawiają się nowe horyzonty, nowe cele i nowe długi (tak więc może to słusznie, że zmieniałam antyki na meble z IKEA, w bądź co bądź, po kilkunastu latach warto zainwestować w nowe sprzęty). I tak mnie nurtuje, jaką by tu maksymą podsumować moje ponad ćwierczwieczne bytowanie? Zasady dotyczące dewiz życiowych są trzy: primo, musi być w języku obcym; secundo: musi być krótka; tertio: musi być wieloznaczna jak diabli. W kwestii punktu pierwszego sytuacja wygląda następująco: angielski jest wulgarny i dla mas, łacina zbyt wzniosła, greki nie znam, na arabskim łamie się język i zwoje mózgowe, a węgierskiego i tak nikt nie zrozumie, więc nie ma co szpanować Zostają więc dwa najmelodyjniejsze narzecza świata, czyli francuski i rosyjski. Nad punktem drugim i trzecim nadal myślę, ale na razie brak mi konceptu. Bo wprawdzie namiętnie myślę cytatami, ale nie są to raczej cytaty nadające się jakiekolwiek motta: nie dość, że rozwlekłe, to jeszcze pospolite. Tak więc gdyby coś komuś wpadło do głowy, to jestem otwarta na propozycje. A na razie będę sobie wegetowała jak ten krab na brzegu morza, ot tak, z dnia na dzień, bez zawołań i maksym.

 

*autora cytatu nie zdradzę, bo zawsze miałach ochotę być Kobietą Tajemniczą, a skoro los pozbawił mnie zarówno woalki, jaki kruczych loków, to pofolguję sobie chociaż na moim livejournalu.

** cytat z lekka od czapy, ale akurat rzucił mi się na uszy. Poza tym  Cohena nigdy za dużo (jak mawiam moja Mama „to idealny podkład muzyczny dla samobójców”).

               
              

* * *

Dziś ciąg dalszy mych wynurzeń. Prosimy o nieregulowanie odbiorników. Zakłócenia to część naszego image.

    

      

CAŁKOWICIE SUBIEKTYWNA, TENDENCYJNA I STRONNICZA KLASYFIKACJA POWIEŚCI KRYMINALNYCH - ciąg dalszy

       

Za dawnych czasów tego nie było, czyli Europejski Kryminał Społeczny (nazwa ściągnięta bezczelnie od Wojciecha Józefa Burszty)

 

Elementy niezbędne:

    

- Element Podejrzany – którego w ostatnich latach (i w zamyśle autora) namnożyło się jak moli w futrze. Bo to dawniej wiadomo było: na Sycylii mafia, w Londynie Irlandczycy, w Sztokholmie spokój. A dziś? Na Sycylii Niemcy, w Londynie Polacy, a w Sztokholmie cholera wie kto. Jedni czymś tam handlują, inni przemycają przyszywanych szwagrów na przemian z lewym spirtem, tworzą jakieś niby-gangi, niby-spółki, porządku i metody w tym za grosz. Zanim człowiek - a już zwłaszcza funkcjonariusz - się obejrzy, ma trupa na tapecie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są demony, które budzą się za wykrochmalonymi firaneczkami miejscowych „porządnych ludzi’. Innymi słowy, jeden wielki burdel.

- Element Upierdliwy – nosi mundur, ku utrapieniu Bohatera i hańbie policji. Najczęściej przybiera postać Podłego Szefa (kupuje drogie garnitury, obija się w robocie i bierze w łapę). Ale dość popularny bywa także Wkurzający Podwładny (ma wuja-szychę, rasistowskie uprzedzenia albo przekonanie o własnej nieomylności) oraz Fałszywy Kumpel (lizus, zdrajca i kanciarz – do wyboru lub łącznie, jak kto woli). W każdym swoim wcieleniu Element Upierdliwy jest nie tylko nośnikiem drugoplanowego wątku pt. „problemy w pracy”; stanowi również egzemplifikację tezy, że w Europie nawet policja schodzi na psy. (Zgadzam się, to zdanie brzmi obrzydliwie, prawie jak z jakiegoś poradnika dla domorosłych krytyków w wyciągniętych swetrach. Wybaczcie, drodzy moi.)

- Element Krzepiący, czyli Główny Bohater

Wersja „A” – Pater Familias: ojciec dzieciom, mąż żonie, płaci podatki, segreguje śmieci, ogólnie rzecz biorąc, podpora społeczeństwa. Oczywiście, ideałem nie jest, więc od czasu do czasu zdarzają mu się drobne wpadki. A to zapomni o urodzinach, a to pokłóci się teściem, a to na cudzoziemców popsioczy. Ale poza tym, to całkiem porządny człowiek.

Wersja „B”Mężczyzna Po Przejściach: żona go rzuciła, dzieci zostawiły, a kochanka puściła w trąbę. W mieszkaniu ma bałagan, pustą lodówkę i sprzęt grający wysokiej klasy. Samotność zagłusza alkoholem na przemian z pracoholizmem. Sensu stricto, o wiele bardziej wydajny w robocie niż Wersja „A” (nie traci czasu na rodzinne obiadki, wizyty u teściów i pikniki z córeczką). Sensu lato, niewydolny społecznie.

Uwaga: cechą wspólną dla obu wersji jest hobby – rzecz niezbędna dla Głównego Bohatera. Hobby musi być odpowiednio wykształciuchowskie, a równocześnie nie nazbyt wysublimowane: jak piwo - to mocne, jak kuchnia – to śródziemnomorska, jak rock - to klasyczny. Nie do pomyślenia jest, żeby Główny Bohater pląsał w bermudach do wtóru muzyki Drupiego. To się po prostu nie przydarza porządnym policjantom w Kryminale Społecznym.

Wersja „C” – Kobieta Z Przeszłością: mąż (wymiennie: kochanek, narzeczony) ją rzucił, dzieci nie miała, rodzina się wyparła. Ale nic to, wszak istnieją jeszcze szczyty do zdobycia i przestępcy do złapania.

- Element Społeczny – objawia się w postaci codziennych bolączek, takich jak: brak metra, wysokie podatki, niewydolna służba zdrowia, idioci u władzy. Czyli niemal tak jak w TVN24, z tym, że zamiast gadających głów na ekranie dostajemy kilka wesołych historyjek o umierających w domu staruszkach, konflikcie kultur i wyzysku ludu pracującego. A wszystko to okraszone sosem kryminalnym, bo w mieście pozbawionym sprawnie działającej komunikacji, tylko mordercy mogą zdążyć na czas i popełnić zbrodnię.

 

Moje własne trzy grosze:

Do Kryminału Społecznego ma stosunek różny, raz siaki, raz owaki - tak jak przy zupie – zależy, na czym upichcił go autor. Po pierwsze, organicznie nie znoszę Bohaterów w wersji „A” - żeby się chociaż zalewali na chama i cierpieli na przewlekłe zapalenie trzustki albo impotencję czy w ostateczności refluks żołądkowo-przełykowy. A tu nic! Wódkę spłukują zimną wodą i lecą na posterunek niczym Janek Kos na Berlin. Jedynym Mężczyzną Po Przejściach, który budzi moją sympatię, jest Jack Frost (wprawdzie Wingfield to lata siedemdziesiąte, ale nie bądźmy zbyt drobiazgowi). Pewnie dlatego, że Frost jest koszmarnym fleją, działa na zasadzie intuicji, rzuca niewybredne odzywki, a jego Tragiczna Historia (miłość, nowotwór, medal i niemalże-śmiertelna-rana, czyli zestaw obowiązkowy Mężczyzny Po Przejściach) okazuje się wcale nie tak tragiczna, za to dość przypadkowa.

Po drugie, uciekam z krzykiem od Bohaterek w wersji „C”. Wprawdzie uważam, że odrobina Mary Sue nie nikogo jeszcze nie zabiła, ale Kobiety Wyzwolone to nie moja melodia. A już zwłaszcza Kobiety Wyzwolone, Acz Naznaczone Przez Życie. Tak więc precz z zabójczo inteligentnymi analityczkami! Precz z przebojowymi paniami z Wydziału Zabójstw! Precz z policjantkami o pięknych oczach i pewnej ręce! I niech wreszcie ktoś napisze normalną Kobietę W Mundurze, bo major Kamieńskiej nie jestem w stanie strawić, mimo mej odwiecznej miłości do Rosji, rekietu i pogrobowców KGB.

Po trzecie, organicznie uwielbiam Bohaterów w wersji „B”, zwłaszcza jeśli w domu hodują dzieci, a w sercu – miłość do ojczystego regionu. Nawiasem mówiąc, zauważyłam, że od kilku dobrych lat rośnie we mnie upodobanie do typów rodzinnych i lokalnie patriotycznych; albo odzywa się we mnie instynkt łowiecki panny na wydaniu, albo popadam w giertychizm.

Po czwarte, nie lubię, gdy Kryminał Społeczny popada w czarnowidztwo podszyte analizami społeczno-psychologicznymi głębokimi niczym studnia artezyjska. Ach, ten upadek moralny! To zdziczenie obyczajów! Ta nieznośna płynność norm etycznych, w której roztapiają się pryncypia! Na te i podobne ubolewania moja odpowiedź jest jedna: e tam, nie ma co generalizować, od kilkunastu tysięcy lat czasy są te same i jeden Berlusconi tego nie zmieni.

    

     

Jak wskazują najnowsze dane…, czyli Kryminał Branżowy

 

Tu powinna znaleźć się obszerna analiza z podziałem na podtypy, takie jak: Kryminał Medyczny, Kryminał Prawniczy, Kryminał Służb Specjalnych et caetera. Niestety, nic z tego nie będzie. Powód jest prosty: nie czytuję Kryminałów Branżowych. Dlaczego? Ano dlatego, że za dużo w nich profesjonalistów, a za mało zwykłego życia. Ach, gdybyż tak w którymś rozdziale zastrajkowali technicy z Pracowni Histopatologii, szpiedzy zgubili się w mieście rozkopanym z powodu permanentnego remontu, a sędzia wziął lewe zwolnienie, bo mu sąsiad zalał mu mieszkanie. O ile ciekawszy byłyby taki bieg akcji, niż ciągłe meldunki, raporty i doniesienia, które z monotonną regularnością lądują na biurku Bohatera. A tu nic! Zawodowstwo święci swe tryumfy, a ja nie daję rady przebrnąć przez pierwszy rozdział. Istnieje jednak pewien wyjątek – Kryminał PRL-owski kocham miłością wiernego komsomolca. Tak więc, dla zainteresowanych:

     

Elementy niezbędne:

     

- Przestępcawiem, to wydaje się niepotrzebne, bo wszak każdy kryminał opiera się na fundamentalnym fakcie, że gdzie zbrodnia, tam i zbrodniarz. Ale, o ile we wszystkich poprzednich gatunkach założenie brzmiało, że mordercą może być każdy, o tyle w krainie dzielnych milicjantów winowajca zawsze wywodzi się z konkretnych kręgów. Z jakich? Ano, to już zależy od ram czasowych. Po wojnie królują leśne bandy, sanacyjni rotmistrze i eks-hrabiny. Wraz z Gomułką nadchodzi czas zbrodniarzy-handlarzy, którzy pod płaszczykiem prywatnej inicjatywy prowadza mętne interesy. Za to w latach sześćdziesiątych do bycia złoczyńcą predysponuje tytuł magistra, a już na pewno profesora. Wraz z towarzyszem Edwardem ma miejsce come back szwindlarzy, a kilka lat później nadchodzi wielka nowość: przestępca na świeczniku, czyli osławiony prominent (kto nie wie, jak taki wyglądał, może obejrzeć reklamówkę PiS ze słynnym morda-ty-moja-oligarchą). Ale za chwilę wracamy do swojskich klimatów: zabójcy to prywaciarze, cinkciarze i awanturniczy brodacze. I tak już do końca. Wniosek z tego taki, że przestępcę w Kryminale PRL-owskim dość łatwo zidentyfikować. Zdradza go wymowa (akcent „pani na co najmniej tysiącu wileńskich hektarów”, złowroga pronuncjacja rodem z RFN czy innej Wielkiej Brytanii), wygląd (sanacyjne wąsy à la Piłsudski, obfity zarost i koszula w kartę, barwne ortaliony zza oceanu), miejsce pracy (własny warsztat, brak etatu), a nawet krewni (wuj w Ameryce, brat w więzieniu i dziadek – kombatant-nie-z-tej-formacji-co-wypada).

- Patos – w tej konkurencji wygrywa w przedbiegach Anna Kłodzińska. Ta kobieta jest po prostu niezrównana, według mnie przebija nawet Mniszkównę, która bywa nużąca w swej nazbyt rozbudowanej metaforyce. A Kłodzińska? Sam miód i cud! Majstersztykiem nie do pobicia jest dla mnie opis śmierci starego Zbowidowca – jest w nim wszystko, co powinna zawierać scena śmierci prawdziwego Bohatera przez wielkie B, łącznie z duchem dowódcy prowadzącym druha w zaświaty (cholera wie jakie, chyba jakieś Pola Elizejskie, na których stachanowcy prowadzą wykopki). Roland ze swoim mózgiem odpada w przebiegach. Zresztą, nie będę gołosłowna. Proszę choćby zobaczyć, w jak wspaniale podniosły sposób autorka kończy kryminał „W pogardzie prawa”:

„Z daleka narastał, wolno zbliżał się, potężniał ogromny warkot wozów piechoty. Słuchali z natężeniem. Była północ, zaczął się nowy dzień.”

Porażające, czyż nie? Zwłaszcza, że chodzi o pamiętny grudzień.

- Proza Życia – która zawsze mnie urzeka. Bo mimo wszystkich ideologicznych założeń, kultu dzielnych milicjantów i wiodącej roli partii, zawsze prześliźnie się coś jeszcze. Co? Choćby haftowane złotą nitką aksamity, w które spowija się żona zabójczo bogatego ordynatora. Albo rozważania o wyższości pociągów elektrycznych nad spalinowymi. Czy konstatacje, że na naszych dobrych, polskich drogach, nawet zagraniczny ścigacz nie wyciągnie powyżej setki. A czasem cała intryga powala człowieka swoją odrębnością społeczną. Wystarczy pomyśleć, że istniał system, w którym to nie mafia, nie gang, nie kamorra, ale skromny inspektor PIH robił za mistrza zbrodni.

 

      

Templariusze są w to wmieszani, czyli Kryminał Spiskowy (za cytat kłaniam się do stóp Umberto Eco)

 

Elementy niezbędne:

       

- Organizacja Tajna i Tajemnicza – Dawniej na topie byli templariusze i różokrzyżowcy, ale dziś to już pieśń przeszłości; wszak byle prostak potrafi spłodzić rozwiązanie zagadki słynnego wozu z sianem i wskrzesić potomka Jakuba de Moley. Obecnie w modzie są bardziej elitarne stowarzyszenia: Iluminaci Bawarscy (siedzą wszędzie, tylko nie w Bawarii, dla większej mistyfikacji), asasyni made in Alamut (plus Starzec Z Gór w odnowionej wersji i garniturze w prążki), a w ostateczności swojscy antytrynitarze. Oczywiście, jak to w porządnej Organizacji, wszystko musi być porządnie zhierarchizowane; po fabule plączą się więc różni Strażnicy Wielkiej Pieczęci i Mistrzowie Siódmego Znaku, co, niestety, czasem dezorientuje czytelnika. Bo co innego zapamiętać Johna Johnsona czy Iwana Iwanowycza, a co innego odróżnić Patriarchę Wschodu od Autarchy Zachodu.

- Spiskowa Teoria Dziejów – stanowi nie tylko element intrygi, ale i element dydaktyczny. Dzięki niej współczesny polski inteligent może się dowiedzieć, kto zabił Kennedy’ego, dlaczego Edison wynalazł żarówkę i co właściwie robił święty Piotr po wyświetleniu napisów końcowych w Nowym Testamencie. Równocześnie, jest w tym pewna oszczędność rodem z Tesco. Oto bowiem czytelnik w jednej książce dostaje dwie historie: jedna, dajmy na to, o dzielnym panu historyku wnętrz i zakochanej w nim ponętnej policjantce oraz ich pogoni za złodziejem zabytkowego kilimu, a drugą – o ucieczce Napoleona ze świętej Heleny przy udziale Zakonu Złotego Runa. Przy obecnej sytuacji klimatyczno-globalnej (efekt cieplarniany, ginące lasy w Amazonas, wysokie ceny ropy itd.) metodę tę warto polecić wszystkim pisarzom.

- Ojciec Józef – stoi na czele Tajnej Organizacji, knuje, mąci i gmatwa wątki, by na końcu zostać zdemaskowanym przez bohatera. Po czym ginie przypadkiem, acz spektakularnie (wątła barierka przy wodospadzie, spadający sopel lodu, niefortunna skórka od banana itd.). Ewentualnie zostaje utrupiony przez bohatera drugiego planu (wierny kamerdyner, dzielny posterunkowy, znajomy ze szkolnej ławki, który przypadkiem okazuje się płatnym zabójcą itp.)

 

Moje własne trzy grosze:

Był czas, gdy Kryminał Spiskowy połykałam jak świeże poziomki. A potem mi przeszło; Bóg wie czemu. Może to wina mojej rosnącej miłości do prozy życia. Albo lektury „Wahadła Foucoulta”. Albo koniunkcji Marsa z Wenus i plam na Słońcu. A teraz pluję sobie w brodę, bo po sukcesie Dana Browna w księgarniach brodzi się wręcz w tego typu powieściach. Ale cóż, mój kołek do zawieszania niewiary nie jest w stanie udźwignąć złowrogich Wielkich Mistrzów, którzy przestawiają tryby historii za pomocą wielopiętrowych machinacji. Po prostu uważam, że ludzkość nie jest zdolna do porządnego spisku i jeśli gdzieś tam istnieją Iluminaci, to pewnie każdy z nich bardziej zainteresowany jest wciśnięciem szwagra do Wielkiej Loży i zakombinowaniem cementu na budowę, niż wyborami w Timbuktu albo powrotem Trzydziestu Sześciu Niewidzialnych. A jeśli już uda im się upichcić jakiś zamach stanu, to pewnie na końcu okazuje się, że zamiast rządów komunistów w Hondurasie wyszedł reżim wojskowej junty w Laosie. Ale nic to, nie trzeba tracić nadziei, w końcu każdy musi mieć hobby i może lepiej biegać na supertajne spotkania bogumiłów, niż leżeć na kanapie i oglądać Dodę na łyżwach.

 

     

Wstałem, ziewnąłem, zgoliłem wąsy; a potem pomyślałem, że warto zabić teściową, czyli Kryminał À Rebours

 

Elementy niezbędne:

      

- Monolog Wewnętrzny – który prowadzi Bohater i Przestępca w jednej osobie. Dzięki temu czytelnik ma niepowtarzalną okazję poznać jego wspominki z przedszkola, szkoły, pierwszej randki, rozmowy kwalifikacyjnej oraz imienin u cioci Fruzi. Z drugiej strony, autor może zaprezentować znajomość różnorakich teorii psychologicznych i pomiędzy poszczególnymi wzruszającymi obrazkami przemycić nieco tak zwanej Prawdy Życia.

- Wyjaśnienie – w odróżnieniu od poprzednich rodzajów kryminałów nie dotyczy tak trywialnego zagadnienia jak rozwiązanie zagadki, kto zabił i za ile. O nie, tu chodzi o sprawy większej wagi, a mianowicie o odpowiedź na odwieczne pytanie: dlaczego. A także: z jakich pozycji, w jakim położeniu i po czyjej linii.

Wersja „A” – Na Litość: Bohatera w domu dręczyła rodzina, poza domem koledzy, a w sklepie ekspedientki. Nic więc dziwnego, że chłop chce się czymś wykazać. Żonglować nie potrafi, na hokeju się zna, no to umyślił sobie, że zostanie mordercą.

Wersja „B” – Na Przeznaczenie: Bohater od małego znęcał się nad siostrą, torturował mrówki i topił koty w studni. Potem nauczył się maskować, ale każda maska kiedyś opadnie. No, a jak już iść w tango, to na całego.

Wersja „C” – Na Myślenice: Bohater w to sumie porządny facet; nie pije, nie bije, nie klepie kelnerek po tyłkach. Ale, niestety, miał za dużo czasu na rozwój intelektualny. I od tego rozwoju tak głupieje, że tworzy różne bzdurne teorie. A potem, wiadomo – najgorzej, jak wyksztalciuch bierze się roboty…

Wersja „D” – Na „A dlaczego by nie?”: Bohater jest zwykłym człowiekiem, ani gorszy, ani lepszy od każdego z nas. I dlatego właśnie popełnia zbrodnię. Bo właściwie, dlaczego by nie?

 

Moje własne trzy grosze:

Kryminał À Rebours lubię, ale tylko w wykonaniu niektórych autorów. Na pierwszym miejscu, zdecydowanie i niekwestionowanie, stoi u mnie Patricia Highsmith, mistrzyni wersji „D”. Kiedy czytam jej ksiązki bez trudu wierzę, że każdy może popełnić morderstwo: i wujek Robert, i Nowacka z parteru, i nawet ja sama. A rozmiar empatii, jaką odczuwam w stosunku do Toma Ripley, czasem wręcz mnie przeraża.

Co dalej? Dalej trudno powiedzieć. Nie posiadam określonych preferencji. Może tylko jedną: nie lubię nadmiaru psychologizowania i wymyślnych gadżetów rodem z policyjnych kronik. Wiem, i w realu bywali tacy, co pili krew z kubeczków po jogurcie, ale to nie znaczy, że muszę o nich czytać, n’est pas? Wolę cichy, spokojny obłęd; taki który pozwala bez problemu kupować bułki w sklepie i gawędzić z sąsiadem o pogodzie. A jeśli już mam mieć psychopatę na tapecie, to niech nie rozpada się spektakularnie kawałki, niech raczej pracowicie uprawia swoje szaleństwo na rabatkach z mieczykami. A jeśli już musi się rozpaść, to niech zrobi zwyczajnie i brzydko, bez żadnej wirtuozerskiej elegancji. Przykłady? Shirley Jackson i jej „Skłońcie wszyscy głowy przed naszą ukochaną Mary Catherine”, „lord Ferdynand Clegg” Fowlesa, Kathy i Czarodziej u O’Briena. Czyli zwykły nasz obłęd dnia codziennego.

      

      

 

   

 

       

* * *

Previous